Rozdział 16 (ostatnia notka)

Cassandra

 

Trzy godziny później byliśmy na miejscu. Wysiadłam z samochodu…

Mały drewniany domek, w środku ogromnego lasu. Nie podobało mi się to za bardzo… kiedyś mieszkałam koło lasu. Wszędzie dzikie zwierzęta. Wściekłe lisy i wiewiórki. Chce jeszcze pożyć. Nie mógł wybrać innego miejsca? Przecież w tym lesie mogą się czaić kanibale… chyba tak to się nazywa…

Podskoczyłam, kiedy usłyszałam dźwięk łamanych gałęzi.

- Spokojnie, to tylko ja – rzekł… ojciec. – Pomożesz mi? Musimy w kominku zapalić, bo strasznie zimno. Nie byłem tu od dwóch miesięcy.

Dwóch miesięcy? Aha, czyli to oznacza: pająki, kurz i… no nie wiem, może jakieś zwierzęta leśne się zadomowiły? Niech on przeczesze dom, bo inaczej tam nie wejdę. Najbardziej przerażają mnie pająki. Takie małe i… obrzydliwe i fuj! Kurde, a jak tam są jeszcze węże?! Zaraz chyba zemdleję.

- Pewnie że pomogę… – odpowiedziałam i od razu wzięłam się do pracy. Jednak nie mogłam się skupić na swojej robocie. Cały czas rozglądałam się, zbierałam gałęzie powoli i przyglądałam się wcześniej czy gdzieś obok moich stóp nie czai się jakaś obrzydliwa ,,bestia’’.

Podeszłam do taty, który układał drzewo na werandzie. Z bliska już było widać małe szczeliny w domu, dziurki zrobione przez korniki.

Kiedy weszliśmy do środka, zawitało nas zimne powietrze. Drgnęłam. Tato okrył mnie milutkim, niebieskim kocykiem. Usiadłam na kanapie, nadal obawiając się, że za chwilę coś z niej wypełznie.

Dom w środku był śliczny. Wstałam i zaczęłam zwiedzać każdy jego zakątek. Było w nim elegancko.

Moją uwagę przykuł czerwony dywan. Dywan jak dywan, zwyczajny, ale wydawało mi się, że zakrywa wejście. Delikatnie go odsunęłam.

Jednak nie było nic, sama podłoga. Szkoda.

 

Skipper

- Ja tu chce ratować swoją dziewczynę, a ty nawet mi auta nie chcesz pożyczyć! Nie rozumiesz, że to sprawa życia i śmierci człowieku?! – Julian dalej zajmował się kierowcą, opowiadając mu przy okazji co go spotkało, kiedy poznał Cassie.

Z Rico musieliśmy go jakoś odciągnąć od mężczyzny, był już dość mocno poturbowany. Jeżeli dobrze pójdzie, Julian nadal będzie agresywny to zostanie naszą tajną bronią.

- Ogoniasty, wystarczy. – Trzymałem go mocno, kiedy psychopata zajmował się posprzątaniem po bijatyce. – Nie trać czasu, musimy ratować Cassandrę! Jest porwana!

,,Cassandra jest porwana!’’ – na te właśnie słowa władca reaguje agresją. Idealnie!

Wsiadł do auta, cała nasza ferajna wpakowała się do samochodu. Usiadłem obok kierowcy, Ogoniasty wcisnął mocno hamulec, nie interesował się tym czy ktoś nawet zapiął pasy. Poleciałem na tylne siedzenia. Najbardziej przerażało mnie to, że lemur nie umiał za grosz jeździć autem i może nas szybko zabić.

Wyprzedał wszystkie auta, przejeżdżał na czerwonym świetle, goniła go policja. Lecz nic nie mogło go powstrzymać. Łatwo zgubił policję. Zastanawiałem się, czy on w ogóle wie, gdzie ona jest.

- Julianie, a wiesz gdzie ona w ogóle jest? – spytał Szeregowy, zakłopotany lemur zatrzymał się gwałtownie. – Przejechaliśmy prawie całe miasto.

- Nie, nie, nie! – zamyślił się na chwilę żółtooki – Ja chciałem się wyżyć na tym facecie, a że nie daliście mi tego zrobić, chciałem na aucie. Dopiero potem jej poszukać, ale już pomysł zostawiłem wam.

Uderzyłem się skrzydłem w czoło. Dlaczego matka natura obdarowała go takim idiotyzmem?

Odsunął siedzenie do tyłu i założył nogi na kierownice, po czym rzekł:

- Kowalski, czekam na sugestię.

Naukowiec wyciągnął liczydło, notatnik, ołówek. Na pierwszej kartce w notatniku, znajdował się rysunek Doris. Spojrzałem na Kowalskiego, chłopak delikatnie się zarumienił, szybko przewrócił na następną stronę, gdzie również był rysunek delfinki.

- Bardzo ładne rysunki, Kowalski – stwierdził młody, a ja dałem mu plaskacza.

Przewrócił znowu, znowu i znowu, aż do końca notatnika. Wszystkie kartki były w Doris. Brunet zarumienił się jeszcze bardziej i zaśmiał się nerwowo.

- Ups, nie ten notatnik, hehe – uśmiechnął się do mnie, chowając go szybko.

- Wydajesz tyle pieniędzy na notatniki, żeby sobie pobazgrać Doris, a nie ważne obliczenia? – warknąłem. – No pisz na nim te obliczenia!

- Nie ma mowy, szefie! Pracowałem nad udoskonaleniem swoich zdolności plastycznych przez trzy miesiące! Nie zniszczę swojego arcydzieła, a już na pewno znajdującej się na niej mojej Bogini! – pocałował swój notatnik i przytulił – Nie bój się, tatuś nie pozwoli cię skrzywdzić. Dzisiaj obliczeń na papierze nie będzie! Pozostaje mi liczydło.

- Nie chce wam przeszkadzać, ale chyba tam w tym Bordo aucie jest Grey – ziewnął Julian.

Wszyscy rzucili się za szukanie auta. Rzeczywiście, to był Grey. Rozmawiał z kimś.

- O tak! Teraz jest idealny moment, aby wypróbować moje nowe urządzenie! – rzekł uradowany Kowalski. – Jeszcze nie ma imienia, ale w wolnej chwili wymyślę. Taką super-mega-ekstra!

- Kowalski, do rzeczy.

Wyciągnął MP3, z której po chwili wyleciał mechaniczny robaczek, był płaski, wyglądał jak główka szpilki. Następnie Naukowiec wyjął swój smartphone i poprowadził owada bliżej Greya.

- (…) założyłem mu chip w samochodzie. Już go namierzam. Ten cymbał myślał, że ja nie przewidzę jego ruchu? Jeszcze muszę tylko skoczyć po moje ulubione narzędzia do zabawy… Dobra, kochanie, ja muszę kończyć. Do zobaczenia później. Pa. Kocham Cię. – Rozłączył się, schował telefon i dalej czekał na zielone światło z niecierpliwością. – No dalej, bo mi się spieszy.

 

 

Cassie

 

- A masz! – zaśmiał się mężczyzna, rzucając kartą o stół. Graliśmy w wojnę. I znowu wygrał. Trzeci raz z rzędu wygrał.

- Nieźle tato. Pograłabym z Tobą w co innego związanego z kartami, ale nie umiem.

- Możemy się nauczyć.

- Nieee, nie chce mi się. Pograjmy w coś innego. Idę zrobić herbatę. Też chcesz? Czy może kawy?

- A kawy poproszę. Tylko mocną. I weź jakieś smakołyki. Są w górnej szafce koło lodówki.

Przytaknęłam i ruszyłam wesoła do kuchni. Każde słowo, które było związane ze słodyczami, wywoływało u mnie banana na dziobie. Jednak zbyt duża ilość słodyczy, powoduję u mnie głupawkę. Spróbuję udawać przy ojcu że wszystko okay. Dowie się o tym w swoim czasie.

Wyłożyłam na tacę kubki z danymi napojami i ruszyłam do taty. Siedział na krześle, głowę miał na stole, zasłoniętą rękami.

- Wybrałeś tą grę? – podeszłam bliżej i dopiero teraz zauważyłam krew na tyle jego głowy. Nie było jej dużo, ale była. Taca wypadła mi z ręki z przerażenia. Kubki roztrzaskały się, cały napój rozlał się po podłodze. – T-tato?

Podeszłam bliżej, podniosłam ostrożnie jego głowę. Miał otwarte oczy, zawsze były piękne, ale w tym momencie wyglądały przerażająco. Położyłam jego głowę, zaczęłam się powoli cofać do tyłu.

- Dlaczego?… – Łzy płynęły mi strumieniami, ręce i nogi trzęsły. – Dlaczego ty i dlaczego teraz?…

- Kiedyś każdego czeka śmierć, a dzisiaj była kolej na Twojego ojczulka… – Kroki. Stał tuż za mną – Nie trzeba było mi się przeciwstawiać. Gdybyś wtedy za mną nie pojechała wszystko by grało – pocałował mnie w czubek głowy – ale niestety muszę cię zabić. – Słyszałam po jego głosie, że się uśmiechał. -  Nie martw się, będzie bolało tylko troszkę. Bo wiesz, Parker zginął szybko, nawet się tego nie spodziewał. Jeden strzał i już aniołek. – Przeszedł obok i stanął przodem do mnie. – Jednak ciebie potraktuję trochę gorzej… – Jego uśmieszek zniknął z twarzy, był teraz taki poważny, przerażający. Chwycił mnie za włosy i pociągnął w bok. – Twoi koledzy mnie śledzili, ale zgubili. Pewnie będą dalej szukać. Jak cię znajdą będę daleko, a ty będziesz się już smażyć w piekle – syknął.

Jego kolejne słowa sprawiały, że miałam już wszystkie dosyć. Znęcał się nade mną psychicznie, mówiąc jaka jestem okropna, dla niego i Ashley życie ze mną było okropne, byłam jedynie problemem, ojciec na pewno się cieszy że umrę w okropny sposób.

Jednak myśl o Blythe, Skipper’ze i reszcie dodawało mi otuchy. Muszę żyć dla nich.

- Mam dość dużo ciekawych pomysłów, wiesz? Nie wiem czy najpierw cię oszpecić albo też… o! Uwieszę cię za skórę na hakach, co ty na to skarbie? Od dziecka lubiłaś się huśtać.

Nie, nie pozwolę się zabić! Nie zostawię moich przyjaciół!

Uderzyłam go w kostkę z całej siły. Po sekundzie stwierdziłam, że to słabe i ponownie go uderzyłam, tym razem w czuły punkt mężczyzn.
Korzystając z tego, że leży na podłodze i zwija się z bólu, zaczęłam uciekać. Nie wiedziałam za bardzo gdzie, przespałam całą drogę do domu, nie wiem gdzie droga asfaltowa, auta Parkera nie było. Co robić?

- Uciekaj i tak cię znajdę kotku – wrzasnął szczęśliwy i parę razy strzelił.

Wbiegłam w las. Potykałam się o gałęzie, ale nie miałam zamiaru się poddać. Oglądałam się za siebie czy biegnie za mną. Ale jego nie było. Gdzieś na pewno jest, Grey nie odpuszcza.

Kiedy znowu się odwróciłam, potknęłam się i runęłam w dół, ze stromej góry. Ciernie poprzecinały mi ubrania i skórę. Turlanie się trwało wieczność.

Gdy w końcu przestałam, leżałam na kamieniach. Plecy bolały, a rany piekły jak diabli.

,,Dalej Cass! Wstawaj! Nie możesz się poddać!’’ – w głowie usłyszałam głos taty, jednak nie mogłam się ruszyć. Ciało odmawiało posłuszeństwa. Odwróciłam powolutku głowę w prawą stronę. Trochę kamieni i drzewa. Czy ten las się nigdy nie skończy?

W końcu po paru próbach udało mi się w końcu wstać. Poszarpana skóra i krew wywoływały ciarki. Nigdy wcześniej krew nie robiła na mnie wrażenia, ale teraz był wyjątek.

Biegłam dalej, aż dotarłam do polany. Stał na niej świeżo wybudowany, piętrowy dom. Byłam już blisko niego, upadłam, nie miałam już siły, szłam na czworakach po betonie, który był wokół całego budynku. Udało mi się pokonać schody i bez problemu wejść do środka.

Położyłam się na podłodze, ledwo co łapałam oddech. Bolały mnie płuca i było mi niedobrze. Modliłam się, żeby mnie nie znalazł.

Usłyszałam strzały, zerwałam się błyskawicznie na nogi. On jest niedaleko…

Biegłam skulona do innych pomieszczeń, szukając jakiegokolwiek schronienia. Jakiś tajnych pomiesz…

Drzwi otwarły się z hukiem.

- Piękny dom, prawda księżniczko? – wszedł do środka. – Mogłaś zostać na zewnątrz, szkoda tutaj zabijać i plamić wszystko krwią.

Spanikowałam. Weszłam cicho na górę po drewnianych schodkach. Próbowałam wejść do jakiegokolwiek pokoju, ale wszystkie były zamknięte.

Więc na następne piętro! Jeden pokój z pięciu był otwarty. Weszłam i zamknęłam. Westchnęłam głęboko i usiadłam, opierając się o ścianę.

Ale niestety nie…

Huk w drzwi! Za drugim razem wypadły z futryną. Mężczyzna się rozglądnął po pokoju, jego wzrok utkwił na mnie. Podszedł powoli do mnie, ja zaczęłam się szybko cofać w stronę drzwi balkonowych.

- Nie ładnie tak przede mną uciekać. W ogóle to nie ma sensu. Skoro oboje dobrze wiemy, że cię złapię i zabiję.

Uderzył mnie, a następnie kopnął nogą w brzuch, z całej siły. Wpadłam na szybę drzwi, która trzasnęła. Szkło rozpadło się na malutkie kawałeczki, wypadłam na zewnątrz, na szczęście nie na sam dół i pokaleczyłam się.

- Szkoda, że nie spadłaś na tamten… – Nie dane mu było dokończyć. Skipper rzucił się na niego, ale Grey nie upuścił broni. Huk pistoletu było słychać na cały dom.

W końcu ustał, a Skipper obezwładnił faceta.

- Nic Ci nie jest? – spytał i spojrzał na mnie troskliwie.

- Nie, wszystko okay – odpowiedziałam i wstałam powoli.

- Chłopaki, idziecie?! – krzyknął.

- Tak! – krzyknęli hurem z dołu.

Oni po mnie wrócili… ja żyję. Kocham ich!

- Śmieszny jesteś – westchnął Grey, uderzył go z całej siły, wstał i wycelował we mnie bronią. – Adios amigo1.

 

Julian

Usłyszeliśmy strzał.

Kiedy weszliśmy na górę Skipper patrzył przerażony w stronę balkonu, wszyscy spojrzeli w tą samą stronę.

Robert upuścił broń zadowolony i rzekł ,,Finito’’. I dopiero teraz do mnie to wszystko dotarło co się stało.

Zbiegłem jak najszybciej na dół, wybiegłem na dwór. I zobaczyłem ją…

Leżała na zimnym betonie. Miała na sobie rany… z jej głowy sączył się ciemno czerwony płyn. Na samym środku czoła, był otwór, który przeszyła się kula.

To bolało… bolało, że ja nic nie mogę już zrobić.

,,Dlaczego los tak ją skrzywdził? Taką śliczną, młodą kobietę. Ona nic złego nie zrobiła. Miała całe życie przed sobą. I dlaczego los zrobił to mi? Osobie, która kochała ją ponad życie? Dlaczego Bóg jest taki niesprawiedliwy?’’-teraz tylko to miałem w głowie, łzy napływały mi do oczu.

Delikatnie wziąłem jej bezwładne ciało i przytuliłem. Łzy w końcu zaczęły mi spływać po policzkach.

,,Kocham Cię’’ – Tylko te dwa najpiękniejsze i najprawdziwsze słowa udało mi się wypowiedzieć, tuląc ostatni raz w życiu tą piękną kruszynkę…  

Adios amigo1 – Żegnaj przyjacielu

 

Witam!
Ostatnia notka opowiadania o Cassandrze…

Spodobała się notka?
Wzruszyła was, rozśmieszyła? ;)
Jestem w pełni przygotowana na komentarze typu ,,Koniec jest naciągany” xD
Wspominałam wcześniej, że nie mam talentu w pisaniu zakończeń, a tym bardziej zapewne wzruszających chwil (i jeszcze w romantycznych momentów) ;p 
Nie wiem za bardzo co mogę tutaj napisać, dawno mnie tu nie było, tak samo jak i na Word’zie gdzie pisało, że ostatnio tam zajrzałam ósmego grudnia xD
Miałam pewne problemy przy końcówce, w pewnym momencie moja wena na chwilę usnęła.. ale się obudziła, można się cieszyć! xD

O, bym zapomniała ;)
Chciałabym pokazać wam rysunek Kaki który przedstawia paring Julcas [Cassandra + Julian]:

12248886_504316593064644_1414366931_n

 

Prze śliczny rysek ^^
Dziękuję bardzo jeszcze raz za niego!

No i to chyba tyle :D

Pozdrawiam, 
chora Alex xD ;*

Rozdział 15

Hej!
Na samym początku przepraszam, że tak nic nie dodawałam, ale miałam strasznie dużo nauki i do tego brak weny…
I dlatego następny wpis będzie ostatni… 
Ale to jeszcze bloga nie koniec!
Mam zamiar kontynuować inne, to które kontynuowałam na samym początku bloga :p
Dobra, nie przedłużam już!
Zapraszam do czytanka ;)

Cassandra

Tej nocy miałam dziwne sny. Leżałam przytulona (w postaci lemura) do Juliana. Całowaliśmy się i szeptaliśmy czułe słówka. Był taki poważny, bardzo czuły…

Już prędzej chciałabym mieć taki sen z Kowalskim, ale on chyba nie jest mną zainteresowany. Ale warto spróbować go do siebie przyciągnąć. Tylko jak?

Potem znalazłam się… pod wodą. Topiłam się. Jakaś osoba trzymała mnie za włosy i nie pozwalała wypłynąć. Zamknęłam na chwilę oczy, a kiedy je otwarłam, miałam przed sobą twarz jakiegoś mężczyzny. Jego skóra była zdarta, poprzecinana i poparzona.

Obudziłam się szybko, zlana potem.

I tak nie śpię… od trzeciej nad ranem. Cały czas miałam wrażenie, że coś lub ktoś się na mnie lampi. Ale jednak nikogo, oprócz mnie tu nie było. Gdzie jest Szeregowy i Marlenka? To znowu kolejny jakiś beznadziejny sen?

Nagle usłyszałam pukanie w okno. Ciarki mnie przeszły.

Wmawiałam się, że to na pewno jakaś gałąź… i przypomniałam sobie, że koło mojego okna nie było żadnego drzewa. Szybko zaszyłam się pod kołdrą. Mimo że było mi strasznie gorąco, nie miałam zamiaru wyciągnąć żadnej kończyny na wierzch. Jeszcze coś mnie wciągnie pod łóżko i zabije.

Znów coś zapukało. I znowu.

Puk, puk, puk.

Trzask i skrzypnięcie. Ktoś… ktoś otworzył okno? Przestałam na chwilę oddychać, a serce waliło mi jak oszalałe.

Słyszałam ciche kroki. Coraz bliższe. I ustały.

I czyś oddech… Ten ktoś znajdował się tuż obok mnie!

Jasny szlag, kosmici po mnie przyszli. Wezmą do laboratorium i zrobią eksperymenty, wycinając mi różne rzeczy!

Poczułam, że kołdra zaczyna się ze mnie zsuwać. Już chciałam krzyknąć, ale ktoś zasłonił mi usta. Byłam taka przerażona, że nawet się nie broniłam. Leżałam z mocno zamkniętymi powiekami.

Jak otworze to pewnie zobaczę zielonego stworka z wielkimi, czarnymi oczami.

- Spokojnie… – szepnął. Od kiedy kosmici mówią po ludzku?! – Wezmę rękę, ale nie krzycz. Nic ci nie zrobię.

Postanowiłam zaryzykować. Powoli uchyliłam prawą powiekę. Nic nie widziałam, za ciemno.

- Kosmita? – wypaliłam.

- Co? Nie – zaśmiał się – Parker…

Powiedziawszy to zaświecił lamkę nocną. Odsunęłam się na koniec łóżka, uważnie na niego patrząc.

- Czego chcesz? – spytałam.

- Musisz ze mną uciec. – Spojrzałam na niego krzywo. – Musisz! To sprawa życia i śmierci. Jeżeli Robert cię odnajdzie to zginiemy oboje.

- Czekaj, czekaj! Powiedz mi w ogóle o co w tym wszystkim chodzi! – Usiadłam obok.

- Opowiem ci wszystko jak będziemy w samochodzie. Masz pięć minut! – rzekł i wyszedł przez okno.

 ***

Kiedy wsiadłam do auta – i nie byle jakiego! Mercedes CLS. Blythe chciałaby dostać go. Hm, może bym go tak ,,na chwilę pożyczyła’’? Ale by się cieszyła – od razu mi się spać zachciało. Było w nim tak cieplutko… i wygodnie.

Ruszył szybko autem.

- Mów – zapięłam pasy.

I w końcu zaczął. Brzuch mnie od razu zaczął boleć, kiedy powiedział ,,Ashley i Robert nie są Twoimi prawdziwymi rodzicami’’. Przez chwile była cisza. Patrzyłam na niego przerażona.

- Ja jestem Twoim ojcem – rzucił na mnie szybkie spojrzenie – i Katherine Gold. Kath zmarła podczas porodu i podobno ty razem z nią. Załamałem się, ale parę lat później coś znalazłem. Dowiedziałem się wszystkiego. Lekarz, który odbierał poród przyjaźnił się z Robertem, a państwo Grey nie mogli mieć dzieci, więc mu zapłacili. No i tak u nich wylądowałaś. Chcieli zrobić z ciebie zabójczynię i próbują.

W żołądku mnie ścisnęło.

- Ale… – zaczęłam – ale Ashley jest w ciąży…

- Bo ją w końcu wyleczyli. Nie wiem, czy by się nie chcieli ciebie pozbyć, bo im się nie udało wyszkolić cię na zabójcę… a z tego co słyszałem, to Robert ma wiele zabójców i chce jeszcze więcej. Nawet zrobić ich z dzieci… Dlatego musimy stąd wyjechać. Jak najdalej. Będzie trudno, ale musimy jakoś wytrzymać.

Zamyśliłam się. Pamiętam, jak Robert uczył mnie jak strzelać w broni… i teraz sobie przypomniałam że zabiłam dziewięć lat temu swojego kota. Postrzeliłam go właśnie. Biały, słodki kiciuś, który leżał na chodniku w kałuży krwi. O ja cię…

 

Skipper

Obudziłem się i od razu skierowałem się do pokoju Cassie. Włożyłem klucz do drzwi, a następnie go przekręciłem. Trzymałem rękę na klamce i słuchałem. Ale nie słyszałem żadnego tuptania, płaczu itp.

Powoli wszedłem, mając nadzieję, że zaraz dostane czymś w głowę. Jednak nic. Rozejrzałem się. Nie ma jej na łóżku, przy ścianie, na suficie. Ale jest otwarte okno.

Jasny szlag, uciekła!

Podbiegłem do niego i wyjrzałem. Zastanawiałem się jak zeszła. Jest tu strasznie wysoko, zabiłaby się!

- Rico! – krzyknąłem, a parę sekund później pojawił się psychopata z czapką do spania i misiem w prawej ręce. Spojrzałem na niego znudzonym spojrzeniem, a ten szybko odrzucił niepotrzebne rzeczy. – Cass zniknęła. Poszukaj jakiś śladów.

Rico dwa razy nie trzeba powtarzać, rzucił się na kolana i chodząc na czworakach, szukał czegokolwiek. Węszył.

- Parker – wycharczał, mrużąc oczy.

Niech tylko spróbuję jej coś zrobić, a potraktuję go gorzej niż Hansa w Danii.

- Królowo moja… – Odwróciłem się do drzwi. Julian. Ze smacznie wyglądającym torem. – Ej, gdzie moja królowa?

- Porwana. Przez Parkera.

Mężczyzna wypuścił tort z rąk – Rico od razu wziął się za sprzątanie ciasta z podłogi mlaskając.

,,Lemur” zawarczał.

- Chce wojny? Będzie ją miał. – Powiedziawszy to wyszedł. Spojrzałem przez okno znów, kiedy podchodził do jakiegoś auta. Wybił okno, a wtedy włączył się alarm. Właściciel wybiegł na zewnątrz, krzycząc na niego, podbiegł, a Julek przywitał się z nim dając mu pięścią w twarz. 

Jak się Wam podobało?
Co będzie dalej? 
Jakie będzie zakończenie?
Happy end czy nie? ;D
I… u kogo spadł śnieg? ^^ xD

Pozdrawiam, Alex ;**

Rozdział 14

Cassandra

Kiedy wsiedliśmy tylko do auta, nie mogłam przestać myśleć o Parkerze. Czemu nas wypuścił? Najpierw porywa z ojcem, a potem uwalnia. Dziwne. Mam dość tego wszystkiego. Już naprawdę nie wiem komu mam ufać. Od kiedy się dowiedziałam o ojcu, wszyscy dla mnie stali się fałszywi – nawet moi ulubieńcy. Cały czas miałam wrażenie, że zaraz któryś z nich poderżnie mi gardło. Chciałabym tylko pójść do swojego pokoju, pogadać z Blythe, przytulić się do mamy. I do taty… gdybym go jeszcze miała.

I znów cholerne łzy napłynęły mi do oczu. Ale wszyscy są w aucie, głupio by było się tak rozpłakać. Płacz jest dla słabych.

Nie… ja nie mogę…

Odwróciłam błyskawicznie twarz w stronę szyby, włosy zasłoniły mi ją. Padał deszcz.

Łzy same poleciały, nie potrafiłam ich powstrzymać. Boże, jaka ze mnie beksa. Tylko ryczeć potrafię.

Ja płakałam, a chłopaki jak zawsze wygłupiali się. Kiedy wjechaliśmy w Centrum Miasta, Rico się zatrzymał.

- Cassie… – odezwał się Skipper – jest budka telefoniczna. Tylko pospiesz się, nie mamy czasu. Masz parasol…

Podał mi przedmiot, ale nawet go nie wzięłam. Miałam głęboko gdzieś czy zmoknę czy nie – wysiadłam szybko z auta. Wzdrygnęłam się, kiedy poczułam zimny deszcz na skórze.

Jak się przeziębię to trudno, nie będzie mnie szkoda.

Ruszyłam powolnym krokiem w stronę budki. Kiedy do niej weszłam, woda ze mnie kapała. Wybrałam numer do mamy i zadzwoniłam. Próbowałam parę razy, ale odezwała się tylko poczta głosowa. Pewnie, miejcie mnie gdzieś. Zadzwoniłam do Blythe. Bałam się trochę jej reakcji, bo jest nerwowa. Powiem jej całą prawdę, ale nie wiem czy mi uwierzy.

W końcu odebrała.

- Halo? – spytała tym swoim słodkim głosikiem.

Serce mi szybciej zabiło. Próbowałam coś powiedzieć, ale nie potrafiłam. Nie wiedziałam jak zacząć. W końcu dziewczyna powtórzyła pytanie.

- B…Blythe… ja… – wykrztusiłam.

- Cassie?! Gdzie ty jesteś?! Od dwóch dni policja cię szuka, zaginęłaś! Co się stało! – pisnęła spanikowana.

Zaczęłam opowiadać jej całą historię, ale w pewnym momencie mi przerwała.

- Aha, tak. Uważaj bo ci uwierzę. Mów prawdę!

- Ale to prawda! Powiedz mamie żeby nie ufała ojcu!

Mówiła coś, ale nie mogłam zrozumieć. Przezywało. Z czasem było coraz gorzej. Kiedy ponownie do niej zadzwoniłam, włączała się jej poczta.

Super! Ja to mam szczęście!

Wrzeszcząc na cały głos, uderzyłam parę razy mocno telefonem. Potem wyszłam na deszcz i się rozpłakałam. Znowu. Ale będę miała ładne oczy. Podobno ludzie, co najwięcej płaczą, oczka mają przepiękne.

 ***

Pod wieczór pojechaliśmy do hotelu. Chciałam do domu, ale Skipper mi nie pozwolił, bo jeszcze Robert znowu by mnie porwał. W domu byłabym łatwym celem.

Były wolne tylko trzy pokoje. W jednym byłam z Marlenką i Szerciem. Szkoda, że nie sama. Niech się w końcu wypłaczę na łóżku, żeby jutro znowu nie płakać bez przerwy.

Nie mam dzisiaj kompletnie siły. Najlepiej położyłabym się i usnęła. Może i na całą wieczność. Albopotem się obudzić i znów będzie tak pięknie, jak kiedyś. To moje jedyne marzenie.

 

Julian

Hm. Nie jestem z Cassie w pokoju. Niech to szlag! Jestem z Rico. Już jestem pewny, że się nie wyśpię. Ten to chrapie, jak… nie wiem do czego to porównać, naprawdę. Ale może wydra i pingwin zechcą się zamienić?

Widząc Cassie, która szła korytarzem, jakaś taka smutna, od razu do niej podszedłem. Naprawdę się w niej zakochałem. W tych jej oczkach słodkich.

- Hej! Co tam słychać? – spytałem.

Dziewczyna nawet nie spojrzała na mnie. Wzruszyła jedynie ramionami i pociągnęła nosem.

- Ej, ty płakałaś? – Delikatnie ująłem jej brodę i podniosłem powoli do góry.
Oczka miała czerwone od płaczu. Żal mi się jej zrobiło. Nie wiem jak to jest, mieć ojca, który jest takim dziadem. No, ale to dziewczyna. Bardziej przeżywa wszystko. A ja mężczyzną, więc moim zadaniem, jest ją pocieszyć. Są dwa pomysły do wykorzystania. A – pocałować ją, B – przytulić.

Jednak nie chce dostać od niej w twarz, kiedy ją pocałuje, ale zazwyczaj smutne dziewczyny odwzajemniają. Tylko ona jest trochę taką chłopczycą. O kurde. Chłopczyca to chłopak, a ja też jestem chłopak. Taki związek… niee… to tak jakbym się musiał całować z tym szefującym. Ale on nie jest taki ładny jak ona.

W końcu stwierdziłem, że to zrobię. Powinna odwzajemnić, a jak nie zrobi tego, to wszystko będzie siłą. To jeszcze lepsze.
Ująłem jej twarz i przysunąłem ją powoli do swojej.

- Co ty robisz? – spytała, próbując się odsunąć.

- A jak myślisz? – Przyłożyłem swoje czoło do jej. Była taka cieplutka. Delikatnie musnąłem jej nosek ustami. Już mi się podobało, ciekawe jak będzie, kiedy dotknę jej pięknych ust.

Dziewczyna była niższa ode mnie, więc ją podniosłem i delikatnie wbiłem swoje usta w jej. Były takie delikatne, a dziewczyna była taka leciutka. Miałem wrażenie, jakbym w swoich ramionach trzymał jakiegoś anioła. Cudowne uczucie.

Wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Ale nie tak szybko!

Cassandra mi się wyrwała jakoś, a ktoś mnie popchnął od tyłu. Odwróciłem się. Wściekły Szefuniu.

- Co ty robisz? Zgłupiałeś Ogoniasty?! – warknął.

- Ej, chłopcy! Uspokójcie się! – Dziewczyna wepchnęła się pomiędzy nas. Trzymała jednak Skipper’a, sądząc, że pierwszy się rzuci. Ej, ja chciałem żeby mnie trzymała, ma takie fajne rąsie!

- Odwal się od niej… – rzekł. Hah, nie.

Postanowiłem iść na całość, więc rzuciłem się na komandosa. Nie miałem z nim dużo szans, ponieważ umie dużo sztuk walki, ale warto spróbować. Może od ciosów uratują mnie jakieś densy?

Uderzyłem odruchowo ,,pingwina’’ z liścia. Dziewczyna trzymała mnie za drugą rękę, próbując odciągnąć od faceta. Krzyczała moje imię, tak pięknie brzmiało w jej usteczkach.

Zacząłem marzyć, jak to biorę z nią ślub, kiedy to niebieskooki uderzył mnie z całej siły w brzuch. Zrobiło mi się niedobrze, ciemno przed oczami. Ale nie dam mu wygrać!

Wszystko wróciło do normy. Złapałem jakiś przedmiot. Wazon. Dobre i to, wszystko może być obroną. Biegłem w jego stronę, trzymając w górze rzecz i drąc się, jak wariat.

 

Skipper

No dajesz Ogoniasty, dajesz. Obiecuję ci to, że poharatam ci twarz szkłem. Nigdy go nie lubiłem. Teraz znienawidziłem, kiedy pocałował Cassandrę. To debil, nie chce żeby ją skrzywdził. Ona jest jeszcze dzieckiem, a ten ma zero rozumu i nie potrafi być chociaż trochę odpowiedzialnym. Wszystkie lemury takie są!

Julian zamiast mnie uderzyć, zatrzymał się, powoli podszedł i spojrzał mi w oczy. Czułem na sobie jego oddech.

- I co pingwinsiu? – syknął.

- A to, lemursiu! – Wyrwałem mu wazon i uderzyłem go z całej siły. Upadł. Cass pisnęła. Kowalski wyszedł z pokoju.

- Co się stało?! – wyszedł w fartuchu. Oho, znowu robi wynalazki jakieś. Nie przeżyję tej nocy.

- Nic. – Uśmiechnąłem się. – Cassie, idź spać.

Objąłem ją i ciągnąłem siłą do pokoju.

- Ale Julian…

- Wyliże się! – Wepchnąłem ją do pokoju. – Spać! Dobranoc.

- Jest 20! Nie jestem dzieckiem, nie będziesz mi rozkazywać!

- A właśnie, że jesteś i będę. – Zamknąłem drzwi na klucz.

Próbowała je otworzyć, kopała je. W końcu po paru minutach dała sobie spokój. Zamiast usłyszeć od niej słodkiego ,,dobranoc’’ usłyszałem ,,nienawidzę cię’’.

- Dobranoc, niunia. Wiem. – Uśmiechnąłem się, spojrzałem na Juliana. Zaczął się powoli podnosić. Nie miałem zamiaru w ogóle do niego podejść. Niech sobie sam radzi. Zniknąłem od razu za drzwiami, swojego pokoju.

 

Parker

Trochę się bałem, jak Grey przyjedzie i zobaczy że nie ma więźniów do znęcania się. Gdyby nie było w nich Cassie, nie wypuścił bym ich. Ale wiedząc, że jest tu moja córka i jej ulubieńcy, musiałem. Nie mogłem dłużej patrzeć jak płaczę.

Sam nie wiem, co mu powiem. Chce jeszcze pożyć, chce aby Cass poznała całą prawdę. Że jej rodzice, tak naprawdę nie są jej rodzicami. Chcą dla niej źle. Mam nadzieję, że nie rozmawiała z matką, bo mógłby ją szybko znaleźć i karać za ucieczkę.

Trzeba ją stąd wywieść i chronić. Nie wiem gdzie, ani jak, bo on nas wszędzie znajdzie. Ale muszę się z całych sił postarać…

No heej! ;)
Jak się spodobała notka? 

Co się stanie z Parkerem? :P
Zostanie czy ucieknie? 
Co będzie dalej?
Swoje myśli zostawcie w komentarzach ;)
Pozdrawiam, Alex! ;*

Rozdział 13

Kowalski

Od samego rana siedziałem z Marlenką w laboratorium, zajmując się ,,Świato-przenosicielem 6200’’. Co prawda, nie udawało się nam. Nie potrafiliśmy się dogadać… Miałem dwie buteleczki megafium. Zastanawiałem się, który wlać – niebieski? Fioletowy? Hm, niech będzie niebieski.

Już miałem wlać błękitną substancję do urządzenia, lecz łasica mnie zatrzymała.

- Nie – rzekła, uderzając mnie w skrzydło. Połowa substancji wylała się na posadzkę.

- Ej! To megafium sporo kosztuje! – Zmarszczyłem brwi, ruszając po mokra ściereczkę by posprzątać.

Jednak dziewczyna nie pozwoliła mi. Chwyciła mnie za skrzydło i pociągnęła do siebie. Prawie na nią wpadłem.

- Weź to – wyciągnęła zza pleców probówkę z ciemno zielonym płynem.

Uniosłem brew.

- Jest to Megafium s97, najlepsze.

- Pff, najnowsze megafium? Powiem ci jedynie, że to megafium, które chcesz wlać do mojego dziecka, jest… jak to mówią w tych czasach: do bani! – Skrzyżowałem skrzydła.

- Skąd ta pewność, panie K?

- Ponieważ ostatnio używałem, panno M! Wysadziłbym prawie cały Nowy Jork!

- Jak nie umiesz wlać odpowiedniej ilości, to tak. Wysadzi.

Nie odpowiedziałem już. Wziąłem ponownie niebieski płyn i powoli wlałem do maszyny. Wydra szybko odepchnęła moje skrzydło, wlała swoją substancję. Tym razem ja odtrąciłem jej łapkę.

Cała substancja wylała się na nią, ta pisnęła. Parę sekund minęło, a jej futerka, na klatce piersiowej już nie było. Wziąłem szklankę wody, którą piłem i oblałem miejsce, gdzie brakowało jej futerka.

- Zaczekaj, nie ruszaj się. Przyniosę apteczkę, opatrzę cię, ale jeszcze wcześniej zmyje podłogę z… a no tak. – Spojrzałem na dziurę w podłodze. – Jednak pójdę jedynie po apteczkę.

Nawet nie zrobiłem dwóch kroków, a maszyna wybuchła. Nic więcej już nie pamiętałem.

 

Szeregowy

Patrzyliśmy tak na Szefa i Cassie. Słodko! Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby przytulił kiedykolwiek dziewczynę, którą wcześniej uważał za wroga. Ona płakała mu w klatkę piersiową, a on ją przytulił. Ooo, kocham takie momenty.

Spojrzałem na Juliana. Tego to zżerała zazdrość. Patrzył na to z taką wściekłością, że jakby był uwolniony, podszedł by do lidera i by go chyba zabił. Ale się nie dziwie. Jest zakochany w Cass. A może Skipper jest? Walka o kobietę. Skipper VS Julian? Stawiam na szefa.

Lecz lemur, jakby się zawziął mógłby wygrać. Można się po nim wszystkiego spodziewać.

Ten uroczy moment przerwał ostry błysk światła. Zacisnąłem powieki i spuściłem głowę.

- Aua… moja głowa… – Marlenka? Otworzyłem oczy. Jednak ona! I to z Kowalskim… w postaci ludzkiej.

Geniusz był strasznie wysoki. Te jego troszkę dłuższe, czarne włosy, błękitne oczy. Kurde. Wygląda prawie tak samo jak Ian Somerhalder!

Za to Marlena, miała krótkie brązowe włosy, czarne oczy, piegi i była mała.

- Kowalski? Marlenka?! – Szef podszedł do nich szybkim krokiem i pomógł im wstać. Ledwo trzymali się na nogach. – Udało się wam naprawić to ustrojstwo?

Naukowiec zebrał się szybko do kupy.

- Właśnie nie… – zakaszlał Kowciu.

- Ponieważ? –zapytał Skipper, zakładając ręce na biodrach.

- Bo przez pewną osobę coś wybuchło – zakaszlał i pokiwał głową parę razy w stronę Marlenki. Dziewczyna zmarszczyła brwi i zawarczała.

- Gdybyś mnie posłuchał, to by nie wybuchło! Wrócilibyśmy do naszego świata wszy… – i od razu zmieniła temat – co to za jedna? – spytała, uśmiechając się szeroko. Po sekundzie znalazła się obok Cassandry. – Marlenka jestem. – Wzięła ją za dłoń i potrząsnęła.

Jednak rudowłosa wcale nie okazała zainteresowania nowej koleżanki, lecz kolegi. Wpatrywała się w Kowalskiego jak w obrazek. Ten też się na nią patrzył, z wysypem rumieńców, a Juliana jeszcze bardziej to zaczęło irytować tak samo jak i Skipper’a. Czyżby ktoś tu się zakochał? Powiem im od razu, że chce być świadkiem na ślubie!

- Kowalski – bąknął Szef, łapiąc go za ramiona i odwracając go w swoją stronę – spróbuj nas stąd wydostać. Drzwi są pod napięciem, a reszta nie wiem.

- Tak jest szefie! – Strateg szybko wyciągnął swoje narzędzia, wykonane z puszek i innych rzeczy. Maszyna zaczęła piszczeć i świecić. I oczywiście stało się to, co chyba każdy się spodziewał. Wybuchło. Skipper uderzył się ręką w czoło.

 

Cassandra

 

Podeszłam powoli do Kowalskiego, nie mogłam się powstrzymać. Moja najbardziej ulubiona postać znajduje się obok mnie, w tym samym pomieszczeniu, oddycha tym samym powietrzem i jest podobna w postaci ludzkiej do mojego najukochańszego aktora, którego uwielbiam, a on nawet nie wie o moim istnieniu!

Widząc smutną minę Kowalskiego, aż mi się płakać zachciało…

- Nie smuć się Kowciu, będzie dobrze – zamrugałam powiekami słodko. I nagle go przytuliłam tak odruchowo. Naukowiec się trochę spiął, ale nie zwracałam na to uwagi, chciałam go tak tulić w nieskończoność. Mieć go tylko dla siebie. Ktoś objął mnie w talii i odciągnął od wysokiego stratega, wszystko, wszystko w mojej głowie – jednorożce, serduszka, tęcza – zniknęło.

- Daj mu pracować… – Skipper. Spojrzałam na niego. Wyglądał na spiętego, tak samo jak Julian. Co im się dzieje?

Kowalski powoli podszedł do drzwi.

- Nie dotykaj! Jest pod napięciem! – pisnęłam, aż poczułam ból w gardle. Jednak chłopak mnie nie posłuchał, dotknął klamki, ale nie został porażony. Uff…

Drzwi otworzyły się całkiem. Wszyscy się odsunęli, jednak żaden wróg się nie pokazał. Ale wydaje mi się, że to pułapka. Żeby któreś z nas zostało śmiertelnie porażone prądem lub czymś innym…

- Uciekajcie… – głos odbił się echem, rozglądnęłam się i zatrzymałam się wzrokiem na kamerce.

To chyba głos Parkera, ale czemu chce nas puścić wolno? O co w tym wszystkim chodzi? 

 

Przepraszam, że tak długo musieliście czekać… i notka jest taka krótka oraz nudna, ale aktualnie wena mi trochę spadła :/
Miejmy nadzieję, że powróci…
Jak się wam spodobało? 
Czy Kowalski także zwróci uwagę na Cass czy będzie do końca wierny Doris? ;D
Kim dla Cass jest Parker? ;D
Do następnej! ;)
Alex ;* 

Rozdział 12

Skipper

Grey patrzył wściekle Julianowi w oczy.

- I co? Dalej będziesz taki odważny? – syknął. – No odpowiedz!

Wbił mu ostrze głębiej. Krzyk piwnookiego chłopaka rozniósł się po pomieszczeniu, a nawet może i budynku.

Niby nie lubiłem Juliana, ale po prostu… jeżeli widzę, że kogoś, kogo znam dzieje się krzywda, to nie mogę tego znieść.

- Zostaw go do cholery! – Krzyczałem to ile mogłem, byleby brunet odpuścił mu i zajął się mną. Ja potrafię wytrzymać ból, ale reszta nie.

Ale nic. Brąz oczy nadal były skierowane na Ogoniastego. Jeszcze gorszy psychopata od Rico. Widać, że lubi sprawiać ból. Będzie najgorzej, jak dobierze się do Cassandry. Błagam, niech chociaż ją oszczędzi.

- Już? Dalej chcesz być taki odważny? – Uśmiechnął się, błyskając swoimi białymi zębami.

Czekał na odpowiedź, lecz ranny nie mógł znieść bólu, nie potrafił powiedzieć, było to dla niego spore wyzwanie.

- DALEJ CHCESZ BYĆ TAKI ODWAŻNY? – Zażądał odpowiedzi, wbijając jeszcze bardziej nóż w jego ramię.

- NIE – krzyknął płaczliwym głosem. – Błagam, przestań. – Spuścił głowę, oddychając głęboko, próbując się jakoś uspokoić i nie zwracać uwagi na ból.

Grey wyciągnął nóż, który kapał od krwi, obejrzał go. To co potem zrobił, to nawet Rico pociągnęło na wymioty – oblizał nóż. Czerwona substancja spłynęła powoli po jego brodzie. Wyglądał teraz jakby był wampirem.

- No – zaczął, znów świecić swoimi zębami, które były trochę czerwone – kto następny? Ty, twardziel, ty chciałeś. – Puścił do mnie oczko. – Zobaczymy jak długo będziesz twardy. Złamiesz się tak samo jak twój kolega.

Hah, myli się. Ja potrafię wytrzymać.

Przez cały czas próbowałem jakoś rozluźnić liny, które strasznie mocno ściskały moje nadgarstki. Trochę bolało, ale to nie jest ważne. Ważne żeby mojemu oddziałowi się nic nie stało. Jak zobaczę Kowalskiego, to zrobię mu taki trening, że przez miesiąc nie będzie miał siły. Dam mu nawet zakaz robienia wynalazków. I mnie to nie obchodzi, że będzie siedział we wannie przez długi czas, możemy kupić nową, a starą niech sobie weźmie.

Brunet podszedł do mnie powolutku, bawiąc się nożem. Patrzyłem mu w twarz, prosto w oczy. Kiedy był już przede mną, schylił się. Uśmiechnąłem się i plunąłem mu w twarz. Przymknął powieki i się zaśmiał. Otarł się swoją koszulką, a następnie uderzył mnie z taką siłą, aż moja szczęka strzeliła.

Po paru sekundach zawitał mnie pulsujący ból w szczęce. Poczułem coś twardego na języku i krew. Wyplułem. Był to ząb i spora ilość krwi. Trochę śliny zmieszanej z krwią zatrzymało się na mojej brodzie. Szybko otarłem ją ramieniem. Westchnąłem i poruszyłem dolną szczęką, wytrzymując ból.

- Mogłeś sobie zostawić, ładnie ci było – uśmiechnął się sztucznie. A niech cię szlag. – A teraz będę musiał was zostawić do wieczora samych niestety. Mam dużo spraw do załatwienia. Na przykład odwiedzić swoją żonę.

Cassie

Po jego słowach, wróciła ta wredna Cass. Niech tylko spróbuję ją dotknąć!

- Zostaw ją w spokoju – rozkazałam. – Ty… – Zaczęłam go przezywać, jak najbardziej mogłam.

Pokręcił głową i wyszedł, a za nim Parker.
Miałam nadzieję, że mnie uderzy.
Aż w końcu włączył mi się tryb psychopaty; rozmyślałam jakby go tu zabijać powoli, a strasznie boleśnie. Uch! Dobra, to jeszcze nie czas na to.

Odwróciłam głowę w stronę Juliana i znów łzy mi napłynęły do oczu.

Skipper’owi udało się w końcu wydostać z uścisku sznurów. Jego nadgarstki były strasznie poobdzierane. I znowu krew. Miałam już dość.

Podszedł do Juliana.

- C-co z nim? – Sama próbowałam jakoś wydostać ręce ze sznurów, ale za bardzo bolało. Moja skóra jest strasznie wrażliwa. – Au…

- Głęboka rana… – przyglądnął się. Wtedy wszedł Parker. Skipper szybko się odwrócił i był gotowy do ataku.

Chłopak spojrzał na niego i ostrożnie wyciągnął apteczkę.

- Spokojnie, chce pomóc… – rzekł cicho. Od kiedy wrogowie chcą pomagać?

Szef spojrzał na niego zły, ten jedynie zamknął szybko drzwi, zostawiając pudełko. Niebieskooki ruszył szybko chwycił za klamkę – krzyknął, puścił ją. Syknął i potrząsnął ręką.
Drugą od razu wziął apteczkę i podszedł do Juliana, zaczął go opatrywać.

- Nie dotykać klamki, w ogóle drzwi. Są pod napięciem… – Odsunął się, kiedy ,,Ogoniasty’’ był już opatrzony. Następnie podszedł do mnie i spojrzał mi w oczy. – Jak się czujesz? Boli?

Dotknął dłonią mojego policzka. No trochę boli. Syknęłam, odwracając twarz w przeciwną stronę. Pogłaskał mnie po nim najdelikatniej jak mógł. Matko, aż się zarumieniłam. Rico i Szeregowy zagwizdali w tym samym czasie.

Poczułam się tak samo głupio.

I łzy znowu zagościły w moich oczach, a sama nie wiedziałam dlaczego. Zaczęło mnie to irytować, że przez cały czas płaczę.

Łzy powoli spłynęły, a Skipper otarł je i mnie przytulił.

- Nie płacz, będzie dobrze… – szepnął mi do ucha.

Chciałam odwzajemnić, ale miałam związane ręce. Jedyne co zrobiłam, to położyłam głowę na jego klatce piersiowej, słuchając z uśmiechem jego bicie serca.

Lider powoli zaczął mi odwiązywać sznur z rąk.

Parker

Pijąc kawę, obserwowałem przez przyciemnioną szybę, jak Skipper tuli Cassandrę. Boli mnie to, że ja tego nie mogłem zrobić. Ona jeszcze dużo rzeczy nie wie…

Z tego co wiem, jest ona delikatną dziewczyną, która udaje twardą. Kiedy ostatni raz ją widziałem, była taka drobniutka, pełna energii, uśmiechnięta… a teraz już jest prawie dorosła.

Od razu przypomniało mi się, jak płakała. Już mi się przypomina, jak pierwszy ją zobaczyłem, kiedy się urodziła. Mogłem się nie zgadzać na to, co mi Robert z Ashley proponują. Po co ja ją w to wszystko wciągałem? 

 

Hejkaaa! ;D
Oto i nowy rozdział! 
Chociaż troszeńkę dłuższy i dziwny xD
I trochę szybko o.O
Leń odpuścił w końcu, już mam połowę 13 rozdziału ;D
Jak wam się spodobał?
Kto uratuje naszych ulubieńców? 
Jak myślicie, co mogli rodzice Cassie zaproponować?
Podoba się wam taki Skipper i Parker? ;)
I ogólnie, jak dzionek w szkole?
Bardzo zły podział godzin? :D
Czekam na opinię! ^^
Pozdrawiam, Alex :**

Rozdział 11

Król Julian

 Otwarłem przepiękne oczęta me, ale nic nie zobaczyłem. Ciemno. I do tego śmierdzi rybami. Sądzę, że w pomieszczeniu, co trzącha się jeszcze bardziej od mojego zadka, są pingwiny, które zmieniły się w człowieki, tak samo jak ja – przystojny Król Julian. Pff, ale i tak jako człowiek jestem najpiękniejszy. I nikt nie ma prawa powiedzieć inaczej. Hmm, zaczynam myśleć nad pracą jako model. Nieźle się zarabia, mógłbym mieć własne królestwo, a takich niezłych ciach jak ja, chodzi naprawdę mało po świecie.

Przewróciłem się na plecy, uderzając kogoś lub coś głową. No i jak ja będę wyglądał ze siniakiem na twarzy przy zdjęciach?! Ale z tego co wiem, istnieje coś takiego jak puder, makijaż, co upiększają kobitki. No… to nie mam się o co martwić.

Leżałem sobie i spokojnie rozmyślałem, a pomieszczenie, w którym się zajmowałem z kolegami jadącymi rybami, trząchało się jeszcze bardziej. Ha! Zobaczymy kto tu szybciej trzącha. Jak by tak popróbować, to wygrałbym JA.

- Kurde indyka mać! Przestań trząchać bo czuję się zgorszony! – krzyknąłem, kopiąc nogami. Poczułem że jest tam coś miękkiego. – U, podnóżek. Wiedzą co dobre…

W końcu pomieszczenie przestało się trząchać. I dobrze, bo jeszcze trochę, a bym się wkurzył. Najwyraźniej trząchacz zorientował się w ostatniej chwili, że mogę go nieźle pobić. Wie co dobre.

Usłyszałem trzask, ktoś podszedł i otworzył wrota, wpuszczając promyki słońca, które mnie trochę oślepiły.

- Osz kurde, tak ładnie, a ja siedzę tutaj? W sumie mi się tu dobrze leży… – Przeciągnąłem się i spojrzałem na podnóżek. Był to człowiek, blady, z otwartymi oczami. Trup. – Aaa, zdechły podnóżek! – Pisnąłem jak 8-letnie dziecko. O kurde… – Em… czyżby moje stopy tak śmierdziały, że człowiek dednął? – Spojrzałem na mężczyznę, co wyciągał psychicznego ptaka, właściwie człowieka. – Ty weź powąchaj. – Przesunąłem się i wyciągnąłem stopy w jego kierunku. – Naprawdę tak śmierdzą?

Facet nawet na mnie nie spojrzał. Oh, co za niewychowany gościu. Ja poprosiłem ładnie, żeby powąchał moje stopy, bo nie ma Morta, a ten mnie zignorował. Swojego króla! Hańba mu.

- Ej! Ty głupi człowieku! Jestem twoim królem, więc mnie słuchaj! – Chłoptaś przerzucił mnie przez ramię. Widziałem tylko jego łydki i zad. Okropne widoki. – Zamieńmy się. Ja będę cię niósł tak. Mam ładniejszy zadek, niż ty. Człowieku, ty w ogóle używasz jakiś olejków?

Zignorował mnie.

- Nie sądziłem, że to powiem, ale jak coś mogę ci pożyczyć. Albo nie. Bo będziemy mieć identyczne, a jedynie ja jestem idealny.

Zamyśliłem się. Chociaż nie, on i tak widzi mój zad. Jest plus, będzie zazdrosny! Jednak nie powiem mu, co używam. Ale będzie go zżerała zazdrość od środka i nie tylko. Ty! A może on na mnie leci? Mrau.

 

Cassie

Obudziłam się w strasznie zimnym pomieszczeniu, głowa mnie bolała jak diabli.

Czułam metaliczny smak w ustach. O dziwo, zrobiło mi się niedobrze, kiedy to poczułam. Pierwszy raz w życiu. Trzeba to gdzieś zapisać. Albo nie. Lepiej żeby nikt o tym nie wiedział.

- Cassie? Cass… – Odwróciłam głowę w kierunku, gdzie słyszałam dźwięk swojego imienia. Skipper. Patrzył się na mnie z troską. – Nic ci nie jest?

Chciałam odpowiedzieć, ale jedynie co wydobyło się z moich ust, to cichy jęk. Nie miałam w ogóle siły. Spuściłam głowę.

Dziwnie się czułam, że Skipper tak na mnie patrzył. Ostatni raz tak patrzyła na mnie mama z tatą, jak musiałam jechać do szpitala. Z tatą… teraz to słowo nie przejdzie mi przez gardło. Wcześniej się poryczę, niż to powiem. I znów pojawił się obraz, gdzie jest ta kobieta z dzieckiem.. i… i Robert. Coś zakuło mnie w sercu.

- Witamy w naszym ulubionym pomieszczeniu. – Usłyszałam głos ojca. No jasna cholera! – W pomieszczeniu tortur…

Podniosłam powoli głowę, kark strasznie mnie bolał. Zacisnęłam zęby i trochę się wykrzywiłam. Ojciec kucnął przede mną, uśmiechnął się. Gniew zamienił się w smutek. Spojrzałam mu głęboko w oczy. Cała troska, czułość zniknęła. To bolało, strasznie bolało. Było to jeszcze gorsze, niż cios fizyczny.

I te głupie wspomnienia. Jak ubieraliśmy choinkę, śmiejąc się przy tym. Jak dawaliśmy sobie prezenty. Jak za każdym razem, kiedy wywróciłam się na rowerze, przytulił mnie i mówił żebym się nie poddawała… miałam już wszystkiego dość.

- Niunia… – Pogłaskał mnie po policzku. – Co taka smutna minka?

Zacisnęłam mocno powieki, nie chciałam na niego patrzeć i nie chciałam też żeby łzy spłynęły mi po policzkach. Z całej siły ściskałam zęby, żeby nie zacząć łkać.

Gdybym mogła, cofnęłabym czas i zrobiłabym wszystko, aby taki nie był. Teraz ta Cass, która nienawidziła całego świata gdzieś zniknęła, a zastąpiła ją ta, która była wcześniej – delikatna, łatwowierna, płaczliwa. Robiłam wszystko, żeby ta wredna wróciła, nie chciałam się rozpłakać, pokazać, że jestem słaba. W końcu ta słaba Cass wygrała. Rozpłakałam się, ledwo co łapałam oddech.

Podniosłam głowę do góry, przez łzy wszystko zaszło mgłą.

- Zadowolony jesteś?! – Wybełkotałam. Byłam wściekła na siebie, że pokazałam jaka słaba jestem.

 

Skipper

 

Patrzyłem na zapłakaną twarzyczkę Cassie. Nie mogłem patrzeć jak z jej pięknych oczu płyną łzy. Ten debil, zamiast docenić, że ma taką cudowną córkę, przytulić ją, to stał i się patrzył. Miał twarz bez wyrazu. Ja bym ją od razu przytulił. O dziwo na Parkera twarzy pojawił się smutek.

- Zamknij się… – przeciągnął i uderzył ją w policzek. Dziewczyna pisnęła. Odwróciła twarz w moją stronę i cicho łkała. Jak się tylko stąd wydostanę, to tak oberwie Grey, że go matka nie pozna. Nikt tej kruszyny nie będzie tak traktował.

Spojrzałem na chłopaków. Szeregowemu leciały łzy, a reszta patrzyła się ze współczuciem na dziewczynę.

- Powiedziałem żebyś się zamknęła! – warknął wściekle i znów ją uderzył w twarz.

- Normalny jesteś?! Zostaw że ją! – Syknął Ogoniasty. Pierwszy raz w życiu był taki poważny. Grey spojrzał na niego morderczo. – Coś ty powiedział?

- Żebyś ją zostawił. Wyżywaj się na mnie, a nie na niej.

Na nim? Przecież on nie wytrzyma tych tortur!

- Ooo, słodko, że ktoś się poświęcił – zachichotał i wyciągnął ostry nóż.

- NIE! – krzyknąłem.

Mężczyzna wbił Julianowi nóż w ramię, ten zawył.

Robert uśmiechnął się i trochę przekręcił nóż. Krew spłynęła po ręce rannego. Rudowłosa dziewczyna spojrzała w ich stronę. Szybko jednak odwróciła głowę i zacisnęła jak najmocniej powieki. 

Witam! ;)
Notka… nieudana :/
Co prawda, nie miałam zamiaru nic zrobić Julianowi, ale podczas pisania tak się wciągam, że nawet nie myślę o tym, co miałam zrobić ;P
Wszystko samo przychodzi, jak nawet mam wrażenie że nie mam weny.
Co prawda Juliana we wcześniejszym wpisie nie było, więc Julian od razu pierwszy ;D
Co sądzicie o zachowaniu Cassie?
Czy łzy tylko oznaczają, że ktoś jest słaby? 
W ogóle podobało się to komuś? xD
No nic… do następnego wpisu, mam nadzieję, że się pojawi niedługo :P 
Alex ;*****

Rozdział 10

Cassie

 - Zatrzymaj się w końcu! – warknęłam do kierowcy. – Już nas nie ścigają!

Mówiłam mu to już setny raz, nawet parę razy dla pewności odwróciłam się i patrzyłam za czarnym BMW. Jednak nigdzie go nie było. Miałam wrażenie, że za chwilę zwymiotuję. Od trzydziestu minut Rico jedzie jak wariat… te jego gwałtowne zakręty – przez nie mam jeszcze zawroty głowy.

Hm, zawsze mogę zwymiotować nie na psychopatę, a na Skipper’a. Wtedy by się zatrzymał. Nie głupi pomysł.

- Szeregowy – zaczął dowódca. – Widzicie gdzieś jakieś czarne, duże BMW za nami? Lub gdziekolwiek indziej?

Młody odwrócił się i zmrużył oczy, szukając pojazdu.

- Nie. Czysto. – Uśmiechnął się.

- Mówiłam? Mnie czasem warto posłuchać! – westchnęłam.

- Nie warto. Możesz dla nich pracować. Ty przyznaj się! Gdzie masz podsłuch! – Odwrócił się do mnie i spojrzał na mnie groźnie.

Kocham tą jego paranoję, naprawdę. Życzę powodzenia dziewczynie, która będzie chciała z nim być… albo chłopakowi. Bądź jedno i drugie!

Nie odpowiedziałam, ale patrzyłam mu w oczy. Nawet nie zamierzałam spuścić pierwsza wzroku! Co prawda chciało mi się śmiać – jak każdemu, kiedy patrzę w oczka – ale musiałam się powstrzymać.

On także nic nie mówił. Tylko zmrużył oczy, patrzył w moje z nienawiścią. Ja wiem, że jestem ruda i podobno rude jest wredne oraz fałszywe, ale no… no dobra, jestem wredna, a czy fałszywa to nie mam pojęcia. Głupie te stereotypy!

 Nie wiem czy tylko mnie, ale wnerwia mnie to, że ludzie oceniają po wyglądanie, a nie co inni mają w środku. Nie obchodzą ich uczucia innych… kurde, w sumie mnie też nie obchodzą. Mają problem, nie mój, niech sobie sami radzą. Mi jakoś nie pomagali, to po co ja im mam pomagać? Pomoc za pomoc, szacunek za szacunek. Nie raz tak powiedziałam, a mama już ,,No wiesz co? Jak możesz tak robić’’. No kurde! Będę chłopaków tak traktować jak oni mnie! Dla Skipper’a będę jeszcze większą zołzą i mam to gdzieś co on na to! Niech sobie cierpi, jak ja, przez te 15 lat! Wreszcie będę się mogła na kimś wyżyć, tak!!! I tak nie ma słabej psychiki chyba, więc raczej nie będę miała człowieka/pingwina na sumieniu. Taka ze mnie kochana zołza, he he.

- Debil z ciebie. Mam podobno podsłuch bo co? Bo jestem ruda? I wszystkie rude ludzie to są fałszywe? – Uniosłam brew.

- Tak.

- To że ruda nie znaczy że fałszywa. Wredna to i może… idź sobie znajdź dziewczynę jakąś, która będzie tak samo rąbnięta jak ty.

- Nie tym tonem, dziewczynko!

- A idź ty…

Coś uderzyło z całej siły w nasz samochód.

 

Parker

Szeroki uśmiech zagościł na twarzy Roberta, kiedy uderzyliśmy z całej siły białe Volvo. Samochód poleciał w przód, zderzając się z innym autem. Nie za ciekawie to wyglądało, mam nadzieję, że przeżyli, bo chce ich zabić jakoś… tylko nie samochodowo.

Założyliśmy kominiarkę i ruszyliśmy w stronę auta.

- Ja pierniczę, nie możemy wziąć tylko dwóch osób? Po cholerę nam cała 5!

- Cicho, chcesz mieć więcej przyjemności w ich zabijaniu to się przymknij. – Przerzucił przez ramię Skipper’a, a na drugie Rico. – Nie znam ich dobrze, ale z tego co słyszałem to ten przywódca ich… dobra, tego wezmę na tylne siedzenie.

Po pięciu minutach związaliśmy mocno i wsadziliśmy piątkę do wozu. Skipper i Cassie byli na tylnych siedzeniach. Reszta wylądowała w bagażniku ze substancją usypiającą w swoim organizmie. Ci co byli z tyłu, nie dostali, ale za to byli mocno związani. Oj będzie potem wszystko bolało, jak się obudzą.

Porwanie publiczne. Będą sławni. Nikt się nie odważył nawet podejść i bronić ich. Stali i jedynie się gapili. Kiedy Grey wyciągnął broń i strzelił do pewnej kobiety, wszyscy zaczęli uciekać i krzyczeć. Jemu bardziej się podoba ta atmosfera. Policja nic nam nie zrobi i tak. Grey wszystko załatwi. Ruszyłem z piskiem opon.

- Ładna ta moja córką z krwią na twarzy. Do twarzy jej – uśmiechnął się mężczyzna. – Ciekawe jakby wyglądała z jeszcze większa ilością krwi. Albo bez twarzy.

Uwielbiam tego psychopatę, super się z nim pracuję. Ale to takie dziwne uczucie, że chce zabić swoją córkę. Jasny szlag, uczucia mnie złapały.

Jestem ciekaw jakie tortury jej da. Delikatne może… ale czy on kiedykolwiek dał komuś delikatne tortury?

- W jaki sposób ich zabijesz? – spytałem, skręcając gwałtownie. Któreś z dwójki, z tylnych siedzeń, uderzyło głową w szybę.

- Właśnie nad tym myślę – uśmiechnął się. – Mam zamiar komuś obciąć język. Tylko właśnie nie wiem komu. Zobaczymy kto najwięcej gada, oprócz Cass. Jeżeli nikt, to na taką rzeź pójdzie Cassandra.

Zza pasa wyciągnął ostry nóż.

- A ten oto nóż, będzie służyć do poderżnięcia komuś gardła… – Przejechał delikatnie palcem po ostrzu. – Moje maleństwo…

Przez moment wyobrażałem sobie, jak rzuca się i nim mnie dźga.

 

Robert

Bycie psychopatą jest takie piękne. Nie musisz się niczym martwić, nawet jeżeli policja cię złapię. Nie masz w ogóle uczuć. Hah, widzę, że córka odziedziczyła to po mnie. I się bardzo z tego cieszę. Odwróciłem się do Cassie. Była nadal nieprzytomna, za to Skipper zaczął się powoli budzić. Kiedy mnie zobaczył zamrugał powiekami. Spojrzał na Cassie i od razu na mnie.

- Gdzie reszta moich ludzi? – warknął. Cassandra wykrzywiła się.

- Nie drzyj się, moja córka śpi. Reszta w bagażniku. A teraz się zamknij, bo Ci język obetnę.

Szef zaczął się szarpać. Syknął z bólu. Uwielbiam tego słuchać.

- Szarp się szarp, tylko sobie raz narobisz. I będzie się lała ta piękna krew o metalicznym smaku. – Jak być psychopatą to na całego. Oblizałem się. – Ciekawe jaką masz grupę? Jak cię zabiję, jak wszystkich zabiję, to wycisnę z ciebie całą krew do czegokolwiek. Butelki, woreczka i do lodówki.

O dziwo nawet się nie wykrzywił, ani nie zwymiotował. Patrzył na mnie ze wściekłością. Mocny jest.

- Nie obrzydza cię to w ogóle widzę… jak zobaczysz co robię z twoimi kolegami to wtedy będziesz rzygał. Jak chcesz mogę ci jeszcze poopowiadać. Ciekawe kiedy pękniesz.

- Nie jestem babą – rzekł. – Twardziel nie płaczę. A ja jestem twardzielem.

Zobaczymy na jak długo. Będzie błagał o śmierć. Twardy na zewnątrz, a w środku zapewne owieczka. 

 

Heey ;> 
I oto kolejna notka, która miała być dawno, ale Alex była tak leniwa, że jej się nie chciało nic pisać, tylko czytać książki :P
Jak się wam spodobała, moi drodzy?
Co będzie dalej?
Jak zareaguje Cassie na widok ojca?
Czy Grey któremuś z naszych ulubieńców zrobi jakąś krzywdę?
Obrzydziła was może? xD
Jak nie, to dobrze, chociaż chce w następnej spróbować napisać coś okropnego xD
Chociaż nie umiem, ale spróbuje…xD
Jednakże za tydzień szkoła i już wszystko staje się okropne ;(
I znów uczenie się do nie wiadomo której godziny, wstawanie wcześnie, odrabianie zadań domowych, wkurzanie się na nauczycieli…
Eh, strasznie szybko zleciały te wakacje…
Ja się tu dopiero rozkręcałam, a tu nagle pyk i wakacje się kończą!
Co dobre szybko się kończy… ._.
Życie jest takie brutalne! ;-;
Jak  wykorzystacie ten ostatni tydzień wolności?
Do której klasy idziecie? ;)

Do następnego wpisu, który chce jeszcze wrzucić w tym tygodniu…
Na pewno wrzucę ! xD
Alex :***

Rozdział 9

Kowalski

Powoli otworzyłem oczy. Obraz był troszkę rozmazany, ale po paru sekundach wszystko wróciło do normy. Zobaczyłem… ścianę. No… ściana jak ściana. Już wiedziałem, że nie jestem w bazie, ponieważ była cała poobklejana plakatami Enrico Gitaro. Kiedy mój mózg rozbudził się i myślenie zaczęło funkcjonować, dotarło do mnie, iż jestem w domu Marlenki. Tylko skąd ja się tu wziąłem?

Coś milutkiego się do mnie tuliło, położyło głowę na lewym skrzydle. Odwróciłem głowę. Była to Marlena. Muszę przyznać, iż bardzo słodko śpi oraz chrapie.

Lecz ta słodycz błyskawicznie przeminęła i zmieniła się w obrzydzenie. Wydra miała otwarty pyszczek (jak chyba każdy przy chrapaniu), a moje skrzydło zaczęło się robić mokre od jej śliny.

- Eee… Marlenko… – szepnąłem i delikatnie ją szturchnąłem, ale ona jedynie kopnęła mnie w czułe miejsce. Zacisnąłem mocno dziób jak i powieki. Gdy w końcu zebrałem się do kupy (a potrzebowałem na to dwadzieścia minut), próbowałem wyciągnąć skrzydło spod głowy wydry. Niestety, coś się nie udawało. Łasica, kiedy za każdym razem szarpnąłem skrzydłem gryzła mnie, wbijała pazury albo jeszcze bardziej mnie śliniła. W końcu po czterdziestopięcio minutowej walce się udało!

Wstałem, z jednym skrzydłem strasznie oślinionym, że aż z niej ciekło, a drugim w bandażu przesiąkniętym krwią. Byłem strasznie dumny że mi się udało!

 

Cassie

 

- O nie! Ja nigdzie z wami nie jadę! – wrzasnęłam na całe gardło, trzymając  się klamki, od drzwi wejściowych, usiłując nie dać się wsadzić do skradzionego, białego Volvo s40.

Rico miał owinięte ręce wokół mojej talii i z całych sił próbował mnie oderwać od drzwi, aż mnie zaczął brzuch boleć.

- Za jakie grzechy stworzyliście tą kobietę? Która jest uparta jak osioł? – westchnął Skipper.

- Jak myślisz, pingwinio-człowieku? – spytał Julek ze znudzoną miną. – Po to, żeby było więcej JJ-jów na świecie! Bo Pradawni Bogowie wiedzą co dla mnie dobre, joł!

Skipper uderzył się w czoło, po czym dołączył się do Rico.

- Ej, czekajcie! – pisnął najmłodszy z pingwinów… właściwie z chłopaków. – Lepiej coś załatwić na spokojnie, a nie siłą! Bo…

- Ja tam zdecydowanie wolę siłą… – wtrącił się Szef.

- Dla mnie w sumie też… – Zacisnęłam mocniej dłonie wokół klamki.

Rico uśmiechnął się psychopatycznie, a przywódca zaśmiał się.

- Widzicie, Szeregowy? Nawet jej się to podoba, to co mamy dziewczynie psuć przyjemność?

I znów zaczęli mnie ciągnąć. Spocone dłonie powoli zaczęły ześlizgiwać mi się z zimnego metalu.

Młodzik delikatnie odepchnął Rico i zaczął mnie łaskotać. W końcu nie wtrzymałam i puściłam klamkę. Upadłam z młodym na glebę, śmiejąc się jak wariatka. Skipper pomógł mi wstać i wsadził do auta jak jakąś zabójczynię do radiowozu. Usadził mnie z tyłu, za pasażerem, ponieważ uznał, że za kierowcą to nie jest dobry pomysł.

,,Jeszcze by zaczęła dusić Rico podczas jazdy… bezpieczeństwo musi być’’. Tsa… ja jestem aż taka, żeby dusić swoje ulubione postacie z bajek, które zmieniły się w ludzi. Nie, nie, nie. Za bardzo ich uwielbiam, nie jestem aż taką psychopatką.

W dodatku dla BEZPIECZEŃSTWA, szefuńcio przykuł mnie kajdankami.

- Szeregowy – zaczął dowódca – siedzicie z nią z tyłu. A ty Ogoniasty obok Szeregowego.

Julek wystawił język w jego stronę i rzekł:

- Ja koło niej. Poza tym jam jest Król, nie będziesz mi rozkazywał!

- Dobra, to dziewczynka – Dziewczynka? Serio? Osz ty! – na środku. Pasuje ci?

Chłopak pokiwał energicznie głową i błyskawicznie znalazł się obok mnie. Wtedy usłyszałam huk i coś przeleciało obok mojej głowy ze świstem, a następnie wbiło się w siedzenie kierowcy.

- Szefie, strzelają do nas! – pisnął spanikowany młodziak.

- Rico, gaz! – rozkazał. Psychopata od razu wcisnął pedał gazu i ruszył z piskiem opon.

 

Parker

Niby Grey taki świetny zabójca, ale trafić komuś prosto w łeb z paru metrów już nawet nie potrafi. Uuu, słabiutko.

- Uuu, Robert, coś nie masz cela… – westchnąłem i ruszyłem za białym Volvo.

- Zamknij się! – syknął Grey, załadowując broń. – Mam lepsze i gorsze dni w celowaniu.

- Może nie chcesz zabić córci?

- Jak nie chcesz zaliczyć kulki to łaskawie się zamknij i jedź. 

 

A więc witam po tak dłuuuuuuugiej przerwie (reklamowej)! xD
Tak, wiem, notka miała być w czerwcu i to długa, ale się coś nie udało :P
Wszędzie była tylko nie na blogu :p
Przepraszam ;<
Następną postaram się dodać jak najszybciej i chociaż spróbuję, żeby była dłuższa. 

Jak się wam nocia spodobała? 
Co będzie dalej? 
Czy Robert Grey da radę zabić swoją córkę? 
Ucierpi ktoś? 
Rozbawiło was coś w noci czy nie bardzo? ;)
Jak wam mijają wakacje? :D
Swoje myśli zostawcie w komentarzach ;D
Do zobaczenia! ^^
Alex :*

Rozdzial 8

Kowalski
Przejechac sobie tym odlamkiem po skrzydle czy nie? Ale to bedzie bolalo, ja nie lubie gdy cos mnie boli… a z reszta kto lubi? Ciekawe czy boli bardziej od tego, gdy Doris zlamala mi serduszko?
Podszedlem do wanny, dalej zastanawiajac sie czy to zrobic czy nie i zakrecilem wode. Powoli weszlem do zimnej wody i przylozylem szklo do skrzydla. Zacisnalem mocno powieki i w koncu wbilem. Troszke, ale to tylko troszke zabolalo. Powoli jechalem w dol skrzydelka, coraz mocniej wbijajac szklo, ktore bylo juz odrobinke umaziana czerwona ciecza. Powoli otworzylem lewe oko i spojrzalem na skaleczone skrzydlo. Kiedy ujrzalem krew plynaca strumieniami zrobilo mi sie niedobrze.
- Nie! – pisnalem przerazony – Ja nie moge!
Wurzucilem szklo i zaczlem plakac. Wtedy do srodka weszla Marlenka.
- Wybacz ze przeszkadzam, ale macie moze cukier?
-Tak. Idz do kuchni, kolo lodowki, lewa szafka u gory.
- Dzieki… a tak w ogole to gdzie reszta?
Kiedy o to spytala, cos mnie scisnelo w piersi i jeszcze bardziej odechcialo mi sie zyc. Spuscilem wzrok.
- Matko! Kowalski, cos ty zrobil w skrzydlo?! – wrzasnela przerazona, niechetnie podchodzac do mnie. – Ty sie… pociales?
I znowu bede musial jej mowic co sie stalo. To sie robi juz nudne i to bardzo.
Powoli wyszlem z wody, ktora byla juz czerwona. Wydra patrzyla sie przerazona na moje skrzydlo.
- Dlaczego to zrobiles?
Westchnalem. Zaczalem jej wszystko opowiadac. Juz ostatni raz to mowie co sie wydarzylo, bo jezeli jeszcze ktos spyta co jest to sie chyba naprawde zabije.
- (…) i tak wlasnie bylo. Nie potrafie zaczac robic wynalazku, gdy nie ma ich tu. Nie mam od kogo dostac plaskacza.
- Ode mnie mozesz – rzekla i uderzyla mnie z liscia. – Wez sie w garsc, bedzie dobrze.
- Nie! Nic nie bedzie… – i nie dokonczylem, bo ta znow mnie uderzyla. – Aua!
- Ja Ci pomoge… cos sie tam mniej wiecej znam na robieniu wynalazkow, moja siostra mnie troche uczyla. Bedzie dobrze. A teraz daj mi opatrzec to skrzydlo, potem wezmiesz ciepla kapiel, bo nie moge patrzec na Twoje czerwone piorka…
- Dobrze… – westchalem i poszlem do lazienki.

Ktos
- W srodku. Czeka na Ciebie razem z kasa… nalezy Ci sie – usmiechnela sie uwodzicielsko, masujac delikatnie moj tors przez T-shirt.
Znowu sie zaczyna…
- Doris, nie – powiedzialem i delikatnie odsunalem ja od siebie. Ladna to ona jest, ale inteligenta to nie za bardzo. Przeciez wczesniej tak mnie nienawidzila, to czemu sie teraz do mnie dobiera? Ano tak, przeciez jej braciszek chce mi zaplacic te 45 000 $, a ona tak kocha pieniadze to pewnie zabije mnie i zabierze mi je… Heh, nie ma tak, Dorciu.
- Ale czemu? – spytala z minka zbitego psa. – Nie podobam Ci sie?
- Nie – odpowiedzialem.
Bardzo sie zdziwila. Dla niej to nowosc, bo przeciez nigdy zaden facet nie mogl sie jej oprzec. Z tego co pamietam, kiedy bylismy jeszcze razem, to opowiadala mi ze miala 16 chlopakow, ale to bylo tak dawno temu… albo chwila, 17, bo Kowalski. Jestem bardzo ciekawy czemu juz z nim nie jest.
- Dupek z Ciebie Parker – syknela przez zeby i szybko sie odwrocila, uderzajac mnie w twarz swoimi rudymi lokami.
Czasami mam ochote ja uderzyc z calej sily, bo mnie denerwuje. Taka lalunia, ktora pare razy nie przeszla do nastepnej klasy. Franic pokazywal mi jej swiadectwa, na samych dwojach jechala.
***
Zapukalem do drzwi Francica, otworzyla mi jego nowa asystenka – Cote. Taka plastikowa lala.
- Ach, Parker, wejdz wejdz! – zawolala i wpuscila mnie do srodka. Bulgot siedzial na krzesle obrotowym do wielkiego okna, z ktorego bylo widac piekne widoki.
- Czesc… – weszlem do srodka, trzymajac rece w kieszeni.
- Po co przyszles?
- Sam dobrze wiesz. Po hajs.
- Ano tak… – Odwrocil sie szybko i rzucil mi zielona koperte. – Wszystko sie zgadza. Mozesz przeliczyc.
On wlasciwie nigdy mnie nie oszukal, ale to moze byc pierwszy raz. Lepiej sprawdze.
Wyciagnalem pieniadze z koperty i liczylem.Hm… rzeczywiscie sie wszystko zgadza. 45 000 $.
- A jednak mi nie wierzysz… – zasmial sie cicho, zapalajc cygara.
- Nikomu nie ufam. Nara – rzeklem i chwycilem za klamke.
- Czekaj, czekaj… gdzie ci sie tak spieszy?
- Gdzies. – Otworzylem drzwi.
- Nie chcialbys zarobic 62 000$?
Gdy to uslyszalem az ciarki mnie przeszly. Tyle hajsu…
- Chcialbys czy nie? – Podszedl do mnie, dajac mi szklanke whisky z lodem. Wzialem niechetnie.
- No chcialbym.
- No to fajnie. – Usmiechnal sie szeroko. – A wiec… musisz zabic piec osob.
- Jezeli piec osob to 65 000$.
- Eh… niech ci bedzie. Nie wazne ile bedziesz chcial kasy, wazne zebys ich zgladzil. Pomoze Ci Robert Grey.
- Ale po co mi Grey? Przeciez sobie poradze sam… kiedys kazales zabic mi 10 osob i co? Dalem rade.
- Masz zabic Skipper’a, Rico, Szeregowego i Juliana… Kowalski sam sie juz soba zajal.
- Ale jak ja mam ich zabic skoro oni nie sa w realnym swiecie? Nie chce mi sie tam wracac…
- Ale oni nie sa juz w bajce, sa tutaj. Dokladniej w tej chatce, gdzie rok temu zostala zamordowana Jude Gold. I masz jeszcze zabic Cassandre Grey.
- Slucham?! Przeciez Cass to corka…
- Bla bla bla. Ale Robert uznal ze nic  niej nie bedzie. Chce zobaczyc jak cierpi jego coreczka.
Bylem strasznie zaskoczon, przeciez jeszcze przed wczoraj Grey mowil jak to kocha swoja corcie. Co mu odbilo?
- Masz ich zabijac powoli, zeby ich strasznie bolalo. Robert bedzie tylko patrzyl czy dobrze to robisz, w razie potrzeby pomoze Ci w tym.
- A Kowalski?
- Kowalski sam soba sie zajal. Pewnie juz zdycha w bazie. Idz juz. Rebert czeka na dole. Juz nic nie mow.

Witam was :P
Przepraszam, ze nic nie dodawalam ale wiecie… len, nauka i do tego jeszcze komputer mi sie zepsul ;p
No i musze pisac na telefonie, ktory mnie drazni, bo nie ma polskich znakow i czasem sie gubie jak sie pisze cos… czy przez ”rz” czy przez „z”.
Ale mniejsza…
Jak wam sie spodobala notka?
Co stanie sie dalej?
Czy Kowalski juz na pewno sobie nic nie zrobi? xD
Uda sie Parkerowi zlapac chlopakow i Cassie?
Czekam na wasze opinie…
A nowa notka nie wiem kiedy sie pojawi, na razie nie patrzcie na „INFORMACJE” ;D
Pozdrawiam, Alex :*

Rozdział 7

Cassie

 

- Au… – pisnęłam, zwijając się z bólu. – Ty idioto! Chyba mi nos złamałeś…

Psychopata jedynie wzruszył ramionami i wszedł do jakiegoś pomieszczenia. Dwojga niebieskookich chłopców stało nade mną, a ten o piwnych oczach latał po całym domku, razem z psem, drąc się jakby go ktoś ze skóry obdzierał.

- Miałaś nie uciekać – westchnął Skipper – i widzisz co cię spotkało?

Już miałam zamiar mu coś odpowiedzieć, ale się powstrzymałam…

- Bardzo boli? – spytał młodzik, pochylając się.

Przytaknęłam, powoli wstając. Poczułam, że na moich wargach coś jest, więc je oblizałam. Hm… metaliczny smak – krew…

Szerciu pisnął i schował twarz w dłoniach, a szef skrzyżował ręce na piersiach i na chwilę spojrzał na niego, a potem na mnie. Spojrzałam na pęknięte lustro, które znajdowało się za mną na ścianie. Mój nos był cały we krwi. Uśmiechnęłam się – fajnie to wyglądało. Tak czerwono… krew jest fajna. No ale to nie moja wina, że jestem psychopatką!

- Rico! – zwołał lider – Przynieście jej jakiś ręcznik czy coś… – Podszedł do drzwi i zamknął je ma klucz. – Teraz już nigdzie nie pójdziesz.

Chłopak z irokezem wyrzygał ręcznik… i przyłożył mi do nosa. Wykrzywiłam się. Nie dość tego, że mnie nos strasznie bolał, to ten ręcznik był cały w ślinie.

- Trzymaj se bo mi się nie chce tego trzymał – rzekł znudzony i puścił ręcznik. Upadł na ziemie i nawet nie zamierzałam go podnieść. Na mojej twarzy było więcej śliny psychopaty, niż krwi.

Wzięłabym swój podkoszulek, żeby wytrzeć nos, ale jest brudny… Niech was szlag!

Chodziłam po całym domu, trzymając chusteczkę higieniczną do nosa (która była już po pięciu minutach cała czerwona), a Julek razem ze mną.

- No ale wiesz, nie musisz nosić ubrań – szepnął mi do ucha – przyjdź, a okryję ciem swoim futerkiem…

- Julianie, ale jesteś człowiekiem, nie masz futra – westchnęłam.

Teraz tak myślę…: kiedy ich znalazłam, to jakim cudem mieli na sobie ubrania? Przecież byli zwierzętami, byli cali tylko w sierści/piórach więc jak?! No ale z jednej strony to dobrze, że mieli na sobie coś… bo nie chciałabym mieć takich widoków, takich ble.

Chłopak oglądnął się cały i w końcu zdjął swoją koszulkę, pokazując swój, nawet niezły, tors.

- Masz moją koszulkę – podał mi ją i uśmiechnął się tak bosko! Spojrzałam mu w oczy i także się uśmiechnęłam. Wyciągnęłam rękę żeby wziąć ją od niego, a ten nagle ją szybko zabrał. – Ale i tak masz mi ją oddać!

- Dobra, dobra… – przewróciłam oczami i wyrwałam mu tą koszulkę, od czasu do czasu spoglądając na jego klatę.

Szkoda że nie ma z nimi Kowalskiego… jako człowiek pewnie wyglądałby bardziej seksowanie od Juliana i pewnie od Pacha z książki ,,Szeptem’’… Pfu, Cass, co ty mówisz! Przecież od Patcha nie ma bardziej cudniejszego chłopaka!… Albo i jest? Boże, aż poczułam ciarki na swoim ciele.

 

Kowalski

Nie! Ja już nie mogę… ja się chyba zabiję! Kowalski, jesteś najbardziej (nie)inteligentnym stworzeniem na tym świecie! Jak zawsze wszystko musisz zrobić źle. Wysłać gdzieś tam swoich przyjaciół, którzy są dla ciebie przyjaciół. A co jeśli mają kłopoty? Potrzebują opcji? A mnie tam nie ma… A co jeśli już są na drugim świecie?! Jak ja siebie nienawidzę! Najlepiej wejść do wanny z zimną wodą i nie! Nie przesiedzieć pół roku w niej tylko najlepiej podciąć sobie żyły i umrzeć w spokoju… Boziu! O czym ja myślę?!

Kowalski, jesteś silny, mądry, nie poddawaj się! Dasz radę! Jesteś najbardziej inteligentniejszym zwierzęciem na ziemi, jeszcze mądrzejszy od całego tego Doktora Bulgota! Dasz radę! Nie poddawaj się!

- SŁYSZYSZ?! NIE PODDAWAJ SIĘ! – wykrzyczałem na całą bazę, w której był jeszcze Maurice razem z Mortem. Spojrzeli na mnie oboje jak na idiotę. Poczułem, że moje policzki palą się ze wstydu. A jeszcze bardziej zaczęły się palić, gdy zorientowałem się, że leże na podłodze zwinięty w kulkę, ssąc swoje skrzydło.

- Kowalski, dobrze się czujesz? – zapytał Maurice.

- Pfu, oczywiście że tak! Ja się zawsze świetnie czuję! – odparłem, wstając i kładąc skrzydła na ,,biodrach’’.

- No więc zadam pytanie ponownie: kiedy zaczniesz robić tą maszynę?

- M-m-maszynę? Maszynę? – Zacisnąłem mocno skrzydła. – Z-za chwilę. I-idźcie j-już…

Poczułem łzy w oczach, a myśli samobójcze zaczęły znów nawracać.

- No to czekamy – uśmiechnął się gruby lemur i wyszedł wraz z małym lemurkiem. Stałem jeszcze chwilę bez ruchu, wpatrując w cztery pryczę. W końcu nie wytrzymałem.

- AAAA!!! – krzycząc, zacząłem biegać po całej bazie. Biłem pięściami dość mocno w ściany, nie zwracając uwagi na ból. Jeszcze nigdy nie byłem tak bardzo wściekły jak teraz. W końcu wpadłem do łazienki, odkręcając zimną wodę do wanny. Po całym pomieszczeniu szukałem żyletek, czegokolwiek czym mógłbym się pociąć. Na umywalce było małe lustereczko, które niechcący strąciłem. Rozbiło się na kawałeczki. Największy odłamek wziąłem do skrzydła i patrzyłem na niego. Nawet nie zauważyłem, że lodowata woda wylewała się już z wanny…

 

Ktoś

Zaparkowałem koło bramy niebieskim ferrari. To chyba tu. Powoli wysiadłem, było strasznie zimno i ciemno. Wyciągnąłem małą latarkę i ją włączyłem, ale ta po chwili zgasła.

- Cholera… – wymamrotałem pod nosem i ruszyłem przed siebie, próbując aby ta pieprzona latarka się w końcu zaświeciła, ale nic. – No zaświeć się, kurde mać!

Potknąłem się o coś i upadłem, a latarka wylądowała parę metrów dalej i dopiero wtedy się włączyła. Zakląłem pod nosem i wstałem. Byłem bardzo ciekawy, na czym się potknąłem… to na pewno nie był kamień, bo było za miękkie. Sięgnąłem po urządzenie i skierowałem na to coś przez co upadłem. Podskoczyłem ze strachu. Szlag! To było ciało jakiegoś mężczyzny… powoli kucnąłem i sprawdziłem puls. Nie żyję. Złapałem go za ramię, przyciągnąłem bliżej siebie i zaświeciłem mu prosto w twarz. Hm… znam go. Przecież to podporucznik – James. Zaśmiałem się.

- No proszę, James, jak miło cię widzieć martwego – zaśmiałem się i poklepałem go po policzku. – O stary, nie potrzebnie fikałeś do Francisa.

Przyświeciłem na jego klatkę piersiową. Dostał osiem razy nożem i pięć kulek, no nieźle. Zauważyłem jeszcze, że odcięto mu dwa pace na prawej ręce, a trzy na lewej i… coś trochę urósł. O jakieś trzydzieści pięć cm. Uuu, chłopie, nieźle cię torturowali, oj nieźle.

Wstałem, słysząc zbliżające się kroki.

- No w końcu jesteś… – rzekła kobieta, żując gumę i bawiąc się swoimi kręconymi, rudymi włosami. Ubrana była szarą bluzę i dżinsową spódniczkę mini. – Szkoda, że tu nie byłeś trzy godziny temu. Wiesz jak cudnie go torturowali? O, a patrz jaką mam pamiątkę! – Pisnęła (aż mnie uszy zabolały), otwierając różową torebkę, w której znajdowały się odcięte palce Jamsa.

- Naprawdę super pamiątka… gdzie jest Francis?

 

Witajciee!! ;) 
Tak wiem! Miało być więcej notek, ale teraz mam strasznie dużo nauki i jeszcze leń nie chce się ode mnie odczepić xD
Więc bardzo was przepraszam… ;) 
A teraz do notki…
Zaciekawiła was czy znudziła? 
Czy Kowalski odbierze dobie życie? 
Kim jest ta kobieta i ,,ktosiek”? ;p 
Są jakieś błędy?
Czekam na wasze opinię… 
Do następnej, Alex :* 

Ps: Popatrzcie proszę na ,,INFORMACJE” bo troszkę się pozmieniało ;D