Rozdział 5

Skipper nie chcąc ryzykować, wpatrywał się w okno, chodź zawsze mówił ‘bez ryzyka, nie ma zabawy’, ale nie chciał się bić w limuzynie ze swoim przyjacielem.

Winterbotham widząc dziwne zachowanie, powiedział:

- Wiem że wyglądam strasznie, kiedy napiję się… ta moja mina, nie raz mi to ktoś mówił. Nie bój się, nie zabiję cię – uśmiechnął się. – Chcesz coś jeszcze wiedzieć o Diance?

- Nie, nie trzeba. Tyle wystarczy.

- Tylko żeby cię nie złapali na romansowaniu z nią, bo wtedy będziesz miał przerąbane…
- No coś ty, nie będę… – powiedział cicho.
Może i dziewczyna była bardzo ładna, ale praca dla Skippera była ważniejsza. Myślał kilka razy o założeniu rodziny, lecz żadna z kobiet które poznał nie nadawała się na żonę, no ale cóż… ma trzydzieści trzy lata, nie jest taki stary na jakiego wygląda – przynajmniej on tak uważa. Jeżeli nie znajdzie idealnej kandydatki na żonę to trudno. Kiedy odejdzie na emeryturę będzie sobie siedział przy kominku na bujanym fotelu, a jego oddział przejmie jakiś facet, może nawet gorszy od niego.

Szef potrząsną głową.

- Jesteśmy już na miejscu – rzekł Phil, dając mu cienki pasek gumy do żucia zawiniętą w biały papierek.
Chłopak wziął ją, rozpakował i zaczął rzuć. Guma była troszkę za bardzo miętowa, przez co zaczął trochę kichać, a siedzący obok niego pingwin zaczął się cicho śmiać.

- Dobra, chodź – powiedział rozbawionym głosem, wysiadając.
- Co to są za gumy?! – spojrzał na Phila, wciąż kichając.

- Ale uwierz, nie będzie czuć że piłeś – uśmiechnął się i ruchem głowy poprosił by szedł za nim.

- No ja myślę… – rzekł cicho, lekko się wykrzywiając.

Kiedy weszli do środka Skipper nie mógł się napatrzeć na wszystkie piękne obrazy, wazony i inne rzeczy.

Albo mu się wydawało, albo wazony były naprawdę ze złota. Patrzył na nie z szeroko otwartymi oczyma, przeglądając się w nich. Był ciekaw ile kosztowały. Nawet on chciałby mieć takie coś w bazie, lecz Szeregowy by się pewnie do nich przywiązał jak do telewizora i jakby ukradli, to by znowu ryczał przez cały miesiąc.

Pingwin zmrużył oczy i wyciągnął skrzydło, aby dotknąć wazony, kiedy nagle usłyszał dźwięk własnego imienia.

- Skipper?

Pingwin podskoczył trącając przy tym wazon i w dodatku jeszcze potknął się na czymś i upadł z hukiem na dywan. Rzecz, którą strącił, w porę złapała jakaś postać, kiedy chłopak spojrzał w górę zaniemówił. Była to Diana, była jeszcze piękniejsza niż na zdjęciu. Miała związane włosy w kucyka na boku, lekki makijaż, na szyi miała srebrny łańcuszek z serduszkiem.
Odłożyła dzban na miejsce i wyciągnęła ku niemy skrzydło, uśmiechając się.

Szef nie mógł oderwać oczu od jej. Były takie piękne, nie widział piękniejszych.

- Wszystko w porządku? – spytała delikatnym głosikiem, jeszcze bardziej się uśmiechając. Dopiero wtedy pingwin się ocknął.
- Eee, nie. To znaczy tak – uśmiechnął się nerwowo, chwytając się jej skrzydła i powoli się podnosząc – dzięki.

- O, Diana, miło cię znów widzieć. To jest Skipper – wskazał na pingwina.

- Miło mi – powiedziała i znów wyciągnęła do niego skrzydło.

Chłopak delikatnie chwycił jej skrzydło i pocałował, wciąż patrząc się w jej błękitne oczy. Na policzkach pingwinki pojawił się rumieniec.

- Mi także miło cię poznać – odpowiedział uwodzicielskim tonem.

Phil przewrócił oczami i szturchnął komandosa.

Ten zdał sobie dopiero po chwili sprawę co robi. Zrobiło mu się trochę głupio. Puścił skrzydło Diany i odchrząknął cicho.

- Poznałeś Dianę, a teraz Diana pozna cię z domem – zaśmiał się, po czym wyszedł – to tyle! Miłego dnia.

- Chodź, pokażę ci twój pokój – rzekła nieśmiało Dianka, po czym odwróciła się na pięcie i weszła w troszkę ciemny korytarz. 

 

I oto następna notka…
Ja wiem, że nie lubicie za bardzo tego opka, ale wytrzymajcie jakoś do grudnia (chyba że mi się uda to opowiadanie skończyć wcześniej :p ) tego roku, obiecuję wam że następne opowiadanie nie będzie takie.
Nie będzie miłosnego, chodź miałam właśnie takie napisać, ale większość z moich czytelników woli krew i takie tam, więc postanowiłam napisać takie opowiadania.
Tylko że mam dylemat.
Bo zaczęłam pisać opowiadanie o Julianie i jeszcze o Marlence, no i nie wiem które pierwsze dodać jak skończę to ciulostwo.
Opko o Julianie jest oczywiście śmieszne, no bo o Julianie – wiadomo, za to to co o Marlenie… jest trochę masakryczne.
No więc piszcie w komentarzach, które opowiadanie najpierw chcielibyście przeczytać. O Julianie czy Marlence. ;)
I oczywiście co sądzicie o notce.
No to czekam na wasze opinię!
Pozdrawiam, Alex :* 

Rozdział 4

 

Po prawej stronie rogu było zdjęcie dziewczyny. Była bardzo piękna. Uśmiechała się słodko. Miała ciemno zielone oczy, czarne włosy i lekkie rysy twarzy.

Skipper widząc tę fotografie uśmiechnął się lekko. Mógłby wpatrywać się w jej zdjęcie przez cały dzień.

- Grzeszy urodą, nie? – spytał Phil.

- Taak i to bardzo – odpowiedział cicho, uśmiechnął się jeszcze szczerzej.

- Nawet byście do siebie pasowali, ale niestety nie możesz z nią być… to zabronione.

- Szkoda – uśmiechnął się krzywo – chciałbym mieć taką śliczną żonę…

Chłopak potrząsnął głową i odkaszlnął.

- Znaczy się… ja… no… em… ten no… eee… – spojrzał na Winterbothamna i poczuł, jak jego policzki się palą ze wstydu.

Jeszcze nigdy w życiu nie było mu tak głupio jak teraz, uderzył się skrzydłem w czoło.

- Heh, nie tylko ty tak reagowałeś… ale, jak mówiłem wcześniej, nie możecie być razem. A w ogóle to Dianę to możesz podrywać ile chcesz, ale i tak się nie da.

- Próbowałeś? – spytał rozbawionym głosem, unosząc brew.

- Nie ja, tylko mój taki jeden kolega. Nie znasz – machnął skrzydłem. – Dianka nie jest za bardzo ufna, taka cichutka, spokojniutka.

- Ja już na początku myślałem, że będzie to jakaś panienka, która zachowuje się jak zbuntowana nastolatka.

- Ja gdy miałem jakąś dziewczynę chronić, była aktorką, miała dwadzieścia osiem lat i z wielką chęcią bym ją walnął. Cały czas gadała. Taka wielka paniusia! Wcale taka ładna to nie była. No ale ty trafiłeś na dziewczynę w sam raz – powiedziawszy to wyciągnął szklankę, whisky i kostki lodu. Następnie położył naczynie na małym stoliku, wrzucił trzy kostki lodu i wlał alkohol. Usiadł wygodnie i wziął łyk napoju.

- Eh… – westchnął – chcesz?

- Nie, dzięki. Nie przepadam za whisky – odpowiedział, wykrzywiając się lekko, gdy poczuł woń napoju.

- Jakbyś chciał to mam jeszcze: piwo, wino, szampan, likier, wódkę. Do wyboru, do koloru – znów wziął łyk alkoholu. – Ale na pewno nie chcesz? – spytał, podkładając Skipperowi pod nos swoją szklankę. Widząc minę szefa, zwrócił się do schowka, gdzie trzymał alkohol i wyciągnął z niego piwo.

- Wiem, że to piwko lubisz najbardziej – dał mu do skrzydła pełną butelkę piwa ‘Tyskie’.

- Ja nie przyjechałem tu, żeby się z tobą narąbać – zmarszczył brwi.

- Oj tam – powiedział obojętnie whisky – po jednym piwie się nie narąbiesz.

- Jak się skapną, że piliśmy to wywalą nas na zbity pysk! – warknął Skipper, odkładając butelkę piwa na bok.

- Nie skapną się… mam gumy do żucia – puścił do niego oczko – jeszcze 5 km do celu. Potem już nie będziesz miał okazji żeby się napić.

Lider wziął otworzył butelkę otwieraczem, a następnie, tak samo jak Phil, usiadł wygodnie i wziął łyk zimnego piwa.

Posmakował i westchnął głęboko. Phil wychylił swoją szklankę z whisky ku niemu, chcąc aby lider lekko uderzył butelką w jego naczynie.

- Na zdrówko – zaśmiał się szef, stukając butelką… dość mocną. Chłopak od hałasu troszkę się wykrzywił. Myślał, że szklanka, gdzie był nalany jego ulubiony napój pękła.

Zanim dojechali na miejsce zdążyli wypić likier, dwa piwa, a Phil dowalił wypijając jeszcze jedną butelkę whisky.

O dziwo obydwoje czuli się nieźle po wypiciu tak dużej ilości alkoholu. Winterbotham chciał jeszcze napić się wódki, ale jego przyjaciel odradził mu.

Szef był trochę zdziwiony, że jego towarzysz da radę jeszcze wypić. Kiedy ostatnio widział go, kiedy spędzał z nim czas, tknął się trochę piwa albo likieru. Wypił troszkę i miał już dość, a teraz?? Nie poznaję go. Nie chciał już myśleć, co stanie się dalej, bo wzrok Phila i jego ton trochę go przerażał, miał wrażenie jakby mu mówił, aby uciekał bo się za chwilę na niego rzuci. 

Rozdział 3

Reszta pasażerów pozakładała słuchawki na uszy i słuchała muzyki. Jeden młody pingwinek założył słuchawki, przykrył się zielonym kocykiem i zamknął oczy, próbując zasnąć.

Po pięciu minutach młodziak zasną, a jego głowa spoczęła na ramieniu jego mamy, która miętosiła w skrzydłach kartkę papieru. Widać było po niej, że nie mogła już wytrzymać w samolocie, z tymi dwoma. Wszyscy wlepiali w dwa rozmawiające głośni pingwiny, lecz tych dwojga nie obchodziło, że oprócz nich są inne zwierzęta. Stewardessa kilka krotnie prosiła ich, aby rozmawiali cicho… ci jedynie przytaknęli głową, pięć minut była cisza, a potem znowu się zaczęło.

Po kilkunastu wyczerpujących godzinach, w końcu samolot wylądował w Miami. Wszyscy pasażerowie, oprócz Roxy i Skippera wybiegli na zewnątrz jak oparzeni. Mieli już całkowicie dosyć. Jeszcze w życiu nie lecieli z takimi gadułami, jak oni.

- Ojejka, chyba nigdy w życiu się tak nie wygadałam – powiedziawszy to dziewczyna przeciągnęła się leniwie.

- Heh, ja tak samo – zaśmiał się.

- No… a nie powiedziałeś mi dlaczego przyjechałeś tutaj. Ja przyjechałam odwiedzić ciocię.

- Jaa… przyjechałem tak sobie pozwiedzać.

Dziewczyna przeleciała go uważnie wzrokiem i lekko się uśmiechnęła.

- A co ty na to, żebyśmy się gdzieś spotkali? – dziewczyna zbliżyła się do niego tak blisko, że aż czuł na sobie jego oddech, i położyła mu skrzydła na klatce piersiowej.

Komandos nie wiedział jak ma się zachować w tej sytuacji… kobieta zaczęła zbliżać się do jego twarzy. Skipper odepchnął ją lekko od siebie.

- Wiesz, raczej nie będę miał czasu. Przepraszam, ale muszę już iść. Cześć – machnął jej skrzydłem na pożegnanie i skierował się ku czarnej limuzynie, które czekało na niego.

Dziewczyna spojrzała na miejsce, gdzie przed chwilą stał i westchnęła głęboko.

- On nigdy nie będzie chciał takiej idiotki jak ja… – powiedziała cicho i odeszła.

Skipper zatrzymał się koło szyby czarnego auta. Popatrzył przez szybę, ale nic nie zobaczył, bo szyby były przyciemnione.

- No super – westchnął.

Chciał spojrzeć jeszcze raz, aż nagle szyba zaczęła się odsuwać. Pingwin tak się przestraszył, że aż prawie się wywrócił.

- Witaj, Skipper – powiedział energicznie jakiś mężczyzna.

- Witaj, Philu Winterbotham’nie – odpowiedział lekko się uśmiechając.

- Ale ja cię już dawno nie widziałem… trochę ci przybyło na wadzę.

Szef się lekko wykrzywił, a Phil zaśmiał się pod nosem. Z pojazdu wyszedł jakiś wysoki pingwin, z okularami przeciwsłonecznymi i wziął walizki Skippera, wkładając je do bagażnika.

Phil otworzył drzwi. Komandos wsiadł do środka, a po chwili auto ruszyło.

- No to opowiadaj mi o tej Dianie Buttler – szef rozejrzał się.

- Diana Buttler, urodzona 15 maja 1989 roku w Madrycie. Jej matka umarła przy porodzie, a ojciec jest nie znany.

Phil podał mu czerwoną teczkę z napisem ‘’Diana Buttler’’. Chłopak przeleciał spojrzeniem teczuszkę, a następnie ją otworzył. Były tam małe literki, których pingwin i tak nie rozumiał. Odchrząknął i rzucił szybkie spojrzenie na towarzysza, który patrzył przez okno.

Nie chciał się przyznawać, że nie umie czytać. Znając jego, to pewnie zacząłby się z niego śmiać.

Po prawej stronie rogu było zdjęcie dziewczyny. Była bardzo piękna. Uśmiechała się słodko. Miała ciemno zielone oczy, czarne włosy i lekkie rysy twarzy.

Skipper widząc tę fotografie uśmiechnął się lekko. Mógłby wpatrywać się w jej zdjęcie przez cały dzień.

- Grzeszy urodą, nie? – spytał Phil.

- Taak i to bardzo – odpowiedział cicho, uśmiechnął się jeszcze szczerzej.

- Nawet byście do siebie pasowali, ale niestety nie możesz z nią być… to zabronione. 

Rozdział 2

Minute później z auta leniwie wyszedł  Skipper, rozglądając się uważnie, a następnie odwróciwszy się na pięcie podszedł do psychopaty. Wyciągali walizki, aż w końcu uwagę szefa przykuła mała czerwona paczuszka.

Wziął ją do skrzydeł i oglądał. Nie wiedział skąd to się tu wzięło. Nie brał żadnej paczki. Myślał, że Szeregowy albo Kowalski mu to wrzucili.

Przyłożył ją do ucha. Usłyszał tykanie, które z sekundy na sekundę było coraz szybsze. Mężczyzna szybko wyrzucił paczkę i rzucił się na Rico.

Minęły dwie minuty, a z pudełkiem dalej nic się nie stało. Psychopata spojrzał pytająco na szefa.

- Wybaczcie żołnierzu – wstał z niego – ale myślałem że tam jest jakaś bomba zegarowa.

Jak na zawołanie paczka nagle wybuchła, zostawiając ogromną dziurę w asfalcie.

- Nie mylił się szef – wycharczał Rico, podnosząc się z ziemi, a potem znowu na nią padając.

- Hmm, ktoś chyba nie chce żebym pilnował tej młodej damy. Tylko kto? – zamyślił się. – Czyżby to był Kowalski albo Szeregowy? Albo ty Rico.

- Ej, to nie ja! – krzyknął specjalista od zadań wybuchowych. – Czemu zawsze wszystko na mnie?!

- Wierze wam, wierze.

- Może szef nie powinien jechać do Miami…

- Temu komuś właśnie o to chodzi, żebym się przestraszył i nie jechał. Ale ja się tam nie boję. Mnie tak nie jest łatwo przestraszyć – uśmiechnął się lekko i uniósł brew.

Wziął walizki i skierował się ku budynku lotniczego.

Nad ich głowami przeleciał ogromny samolot.. Rico spojrzał w górę i wybełkotał coś.

- No to pa szefie! – pomachał mu na pożegnanie.

Skipper odwrócił się i odwzajemnił gest.

   __________

Gdy pingwin wsiadł już do samolotu, rozglądał się. Było tam dużo zwierząt, które jego zdaniem zachowały się dziwnie.
Najbardziej wkurzała go pewna starsza pingwinka, która co chwilę zerkała na niego. Przeszedł koło niej.

Miał ochotę się na nią rzucić. Uważał, iż ta kobieta może być jakimś szpiegiem i to pewnie ona podrzuciła mu bombę do bagażnika.

Usiadł koło jakiejś dziewczyny, nawet na nią uwagi nie zwrócił. Wciąż czuł spojrzenie tej starszej pingwinki. Odwrócił się do tyłu, a ta szybko przerzuciła wzrok na książkę, którą trzymała w skrzydłach i tylko troszkę poprawiła okulary.

Skipper powiedział coś pod nosem i wygodnie rozłożył się na fotelu, chciał jakoś się zrelaksować, ale nie mógł, bo wciąż czuł spojrzenie na sobie tej baby. Miał już zamiar się odwrócić i powiedzieć jej: – Babo, co ty tak wlepiasz we mnie te gały?!’’ ale się powstrzymywał.

- Skipper? – nagle usłyszał jakiś znajomy, żeński głosik tuż obok niego.

Zerwał się szybko i spojrzał w stroną, gdzie go słyszał. Siedziała tam jasnowłosa brunetka, z brązowymi oczami, uśmiechając się do niego promiennie. Na oko była gdzieś po trzydziestce.

- Roxy? – spytał z niedowierzeniem – Roxana Ramsey!? To naprawdę ty?!

- Nie to nie ja, wiesz? – odpowiedziała ze sarkazmem w głosie.

- Nie widziałem cię od liceum już! – uśmiechnął się jeszcze bardziej – Zmieniałaś się…

- Tiaa.. Ty się też zmieniłeś. Pamiętam takiego chudego pingwinka, który cały czas na lekcjach gadał o komandosach i który rysował cały czas czołgi, chodź nie miał za bardzo talentu do rysowania. Zachowywałeś się jak dziecko.

- A ty jak zawsze szczera do bólu – westchnął.

- I kto to mówi, Skippciu – uśmiechnęła się i uniosła brew.

- Ja byłem taki kiedyś.. teraz już taki nie jestem.

- Jasnee, uwaga, bo uwierzę… – wykrzywiła się.

Głośna rozmowa oraz co chwilowe wybuchy śmiechem Roxany i Skippera nie pozwalała niektórym pasażerom spać, a jeszcze innym na skupieniu się czytania książki.

Witajcie moi… heheszkowie. xD
Jak Wam się podoba drugi rozdział? :p 
Jak myślicie, kto mógł podłożyć bombę? 
Co sądzicie o Roxy? ;> 
Czekam na Wasze opinię… :**
Ps. Nie wiem kiedy pojawi się nn… nie mam chęci do pisania. :v

Rozdział 1

- Mam nadzieję, że nie wysadzicie bazy podczas mojej nieobecności, Kowalski – powiedział Skipper, biorąc dwie walizki do skrzydeł – ale nie dostaniecie zakazu, nie bójcie się.

Spojrzał na naukowca i lekko się uśmiechnął, następnie wyszedł na górę, a za nim podreptali Rico i Szeregowy.  

 

Kowalski westchnął z ulgą. Był pewny, że szef da mu zakaz robienia wynalazków dopóki nie wróci, czyli miesiąc, a młody naukowiec nie potrafiłby wytrzymać bez robienia czegoś w laboratorium przez miesiąc.

Załamałby się. Jeszcze bardziej, niż gdy Doris dała mu kosza 16,5 razy.

Siedział wtedy przez sześć miesięcy we wannie, ale jakby nie mógł robić wynalazków, to siedziałby cały rok.

- Kowalski! – z zamyślenia wyrwał go głosik młodego.

 

Chłopak dopiero teraz sobie przypomniał, że szef jest na górze i żegna się ze wszystkimi.

Chłopak szybko wybiegł z bazy i mało by brakowało, a wpadłby na psychopatę. Jakby przyszedł później, to pewnie szef by już dawno był w połowie drogi na lotnisko. Pingwin staną przed różowym autem, w którym siedział Rico. Czekał aż Skipper i młody wsadzą wszystkie walizki do bagażnika. Wysoki pingwin nie miał zamiaru stać jak kołek i przyglądać się, jak dwa pingwiny same targają ciężkie bagaż. Zerwał się i wziął Szeregowemu największą i najcięższą walizkę. Szerciu błysną do niego uśmiechem, a następnie wziął kolejną walizkę, lecz mniejszą.

Po kilku minutach walizki były już włożone. Skipper usiadł koło kierowcy i zapną pasy.

- Będziemy za szefem tęsknić – powiedział cichutko młodziak.

- Ja za wami też – uśmiechnął się dowódca – ale zanim się obejrzycie będę już w domu.

Skipper zauważył, że do oczy niskiego pingwinka napływają łzy.

- Szeregowy, nie bądźcie baba! – przewrócił oczami – Przecież to tylko miesiąc i wracam, a nie rok albo dwa.

- A w ogóle to dlaczego pan wyjeżdża do tej dziewczyny do Miami?-spytał młodziak- bo szef tylko powiedział, że jedzie i..

- Młody, przecież Skipper nam wczoraj o tym mówił – westchnął Rico.

- Szef jedzie do niejakiej Diany Butler – zaczął Kowalski – której to grozi niebezpieczeństwo. Była świadkiem zabójstwa jakiegoś faceta i teraz zabójca chce ją dopaść!

- A, no tak. Rzeczywiście szef mówił o tym – zaśmiał się nerwowo – a nie możemy tak z szefem jechać? Jeszcze się coś panu stanie!

- Eee tam, nic mi się nie stanie – machnął skrzydłem. – Ktoś musi pilnować zoo, a właściwie to całego Manhattanu. Nie wiadomo czy Bulgot nie zaatakuje albo Hans, albo Ogoniastemu coś odwali.

 

O wilku mowa, a tu wilk! Julian szedł ze sobą targając za sobą ogromny worek i krzyczał tylko ‘’Ej, czekaj pingwinie!’’.

Skipper westchnął i kazał Rico jechać. Psychopata słusznie wykonał polecenie i ruszył z piskiem opon.

Lemur krzyczał, aby zatrzymali auto, ale nikt go nie posłuchał. Kowalski i Szeregowy jedynie spojrzeli na siebie znudzonym spojrzeniem i westchnęli głęboko. Julek w końcu zostawił wór i rzucił się na naukowca.

- Hańba wam ptaszki! – krzyknął. – Dlaczego nie zatrzymaliście waszego jadącego dorszem szefa, co?! Chciałem mu podarować prezent, dać mu kartkę z zaproszeniem na imprezę pożegnalną. Nawet mu prezent kupiłem – wyciągnął paczkę z czerwoną kokardą – no dobra, tak szczerze ten prezent był za darmo, ale go nie wziął. Tam jest Mort.

Młody pingwinek pomógł wstać Kowalskiemu i obydwoje weszli do bazy.

Król widząc to wykrzywił się i pokręcił przecząco głową.

- Co za durnowate patki… – westchnął i po minucie już był na swoim wybiegu.

Po trzydziestu minutach byli już na miejscu. Rico odepną pas i wyskoczył jak oparzony z pojazdu, otwierając bagażnik i wyciągając walizki.